Reklama

Kardynał na 100 lat niepodległości

2018-11-10 20:05

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

Próbuję od lat, bo zapisuję wszystkie rozmowy z nim, ale nie da się opisać 95 lat życia człowieka na kilku stronach gazety. Na opis życia takiego człowieka, jakim jest kard. Henryk Gulbinowicz, potrzeba tomów ksiąg. Odznaczony Orderem Orła Białego, honorowy obywatel 13 miast, doktor honoris causa kilku uniwersytetów, doceniony nawet przez dzieci – laureat Orderu Uśmiechu. Aby uczcić Jubilata, kreślimy dla Państwa ledwie szkic portretu Eminencji, czerpiąc z palety rozmów i opowieści, które w ciągu lat miałam zaszczyt od niego usłyszeć, nagrać i zapisać.

Niezłomny

„Pierwszy Orzeł Biały przyszedł na Dolny Śląsk istotnie późno. Ale trafił w wyjątkowo godne ręce” – mówił w wystąpieniu po dekoracji Orderem w 2008 r. prezydent RP Lech Kaczyński. Słowa te wywołały burzę kilkuminutowych oklasków. Prezydent RP przypomniał kilka faktów z wieloletniej posługi Kardynała we wrocławskiej metropolii. „Przez wiele dni w 1981 r. z «kołchoźnika» w innej części Polski słuchaliśmy informacji o tym, jak dobrze jest w tym, czy w innym regionie, ale na temat Wrocławia milczano. Wyciągnęliśmy stąd wniosek, że Wrocław szczególnie twardo walczy. I tak było, a w tej walce był z wami Eminencja, kard. Henryk Gulbinowicz” – mówił. Początek zawsze jest w domu Szukiszki na Wileńszczyźnie – tu wszystko się zaczęło. W domu nazywano go Niukiem, Heniem, sąsiedzi wołali Heniuk, a serdeczne ciotki – Heniutek. Ale gdy się rodził 17 października 1923 r. w szpitalu św. Jakuba w Wilnie, kto mógł przypuszczać, że wiele lat później na zachodzie Polski będą o nim mówić książę Kościoła? O rodzinnym domu zawsze mówi z nostalgią i wdzięcznością. To było miejsce, w którym kochano i mądrze kształtowano charakter. Rodzina była znana. Gulbinowicze uprawiali rolę, hodowali bydło i konie. Rodowe zawołanie brzmi „Frangas non flectes”, czyli „Złamiesz, ale nie zegniesz”. Poczucie humoru kardynał odziedziczył po mamie. Ojciec Antoni był człowiekiem poważnym i mówił swej żonie: „Tobie wystarczy pokazać palec i już się śmiejesz”. Młodość mamy, Walerii z domu Gajewskiej herbu Sulima, była naznaczona historią. Tradycje w domu państwa Gajewskich były staropolskie: trzymano krótko, wymagano dużo, kształcono, na miarę możliwości. „Nie była surowa, była raczej taktowna i pogodna. Gdy się wstało z łóżka, trzeba było od razu biec do mamy, do taty, jeszcze w koszuli, i mówić: Mamo, krzyżyk, tato, krzyżyk. Przywiązywano bardzo dużą wagę do błogosławienia dzieci. Dlatego, gdy dziecko wychodziło na dwór się bawić – prosiło o błogosławieństwo. Potem, gdy chodziliśmy do szkoły, też czekaliśmy na błogosławieństwo rodziców. Bez tego nie dało się żyć. Dziecko można uczyć w różnych miejscach, trochę jakby mimochodem. Nie tylko: pacierza w kościele, a liczenia w szkole. Kiedyś poszliśmy na grzyby, na Wileńszczyźnie okres borowików to bardzo ważna rzecz. Tam mama spytała mnie, czy umiem Psalm 91. Ja mówię, że nie. Ona mi na to, że codziennie ten psalm odmawia za nas wszystkich, i że powinienem go umieć. Chodziliśmy za grzybami, a ona głośno mówiła: Kto się w opiekę odda Panu swemu, i próbowała mnie tego psalmu nauczyć. Musiałem głośno za nią powtarzać. Wiele lat później pytała mnie znów, czy umiem. Umiałem, to było od niej”.

Mówcie młodym, że czystość istnieje

Reklama

„Dziś cnota czystości została wyśmiana, ale to nie zmienia faktu, że ona naprawdę istnieje. W Polsce żadne zgromadzenie żeńskie nie wymarło, ja bym nie rozdzierał szat. Natomiast boli mnie, że kolorowe czasopisma pokazują młodzież jako grupę, która niczym się nie interesuje, tylko swoją seksualnością. A to nie jest prawda. Ja bym jednak ufał młodzieży. Ważne jest natomiast to, czy matka spotka się z córką, czy ojciec spotka się z synem i czy porozmawiają z nimi, zanim świat kolorowych pism sprzeda ich sercom swoją wersję. Jak to było u mnie? Rok 1942, okupacja niemiecka, przestaję być dzieckiem. Pewnego dnia ojciec mówi: Przyjdź do mojego pokoju. Gdy wszedłem, siedział na myśliwskim taborecie. Popatrzył na mnie, atmosfera poważna i mówi: Synu. A zawsze mówił: Heniu... I dalej: Przestałeś być dzieckiem, wszedłeś w czas młodości. Ale żyj tak, żeby cię nikt nie przeklinał. I postępuj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał. I nie splam naszego nazwiska. I co? Ja do dziś, choć jestem stary kardynał, w rachunku sumienia odpowiadam na te wytyczne ojca”.

Święty spowiednik z rodzinnych stron

„Poznałem ks. Sopoćkę z okazji Wielkiego Tygodnia. Była Wielka Sobota, a ja byłem z kolegą oglądać groby. Byliśmy w kościele garnizonowym – to dawny kościół jezuicki, św. Ignacego, i tam nie było żadnych skał, tylko wysoki, kilkumetrowy tron przykryty czerwonym suknem. Na nim, wysoko, stała monstrancja. Zastanawialiśmy się obydwaj, skąd pomysł na taki grób? Nagle przyszedł ksiądz i mówi, że śmierć Chrystusa to tak naprawdę wielki triumf Jego zmartwychwstania. Przyszedłem do domu i opowiadałem o księdzu, który pojawił się znikąd i wyjaśnił nam, zadziwionym istotą tego dziwnego grobu. Powiedziano mi wtedy, że to jest ks. Michał Sopoćko. To było spotkanie pierwsze, jeszcze wtedy małego chłopca. Potem usłyszałem o nim w czasie II wojny światowej. Wstąpiłem do seminarium w 1944 r., a 20 lutego 1945 r. seminarium rozpędzono. Wtedy poproszono, aby prowadzić katechezę dla dzieci przed Pierwszą Komunią Świętą. Jechaliśmy z parafii Rudomino, przejeżdżaliśmy przez Czarny Bór. Tu urszulanki szare miały swój klasztor. To był lipiec, gorąco, nagle z ogrodu słychać «Ave Maria gratiae plena...». Pytam: Co to? A proboszcz mówi: Zakonnice plewią grzędy i mówią po łacinie Różaniec. A jakie to zakonnice? – pytam. Urszulanki szare. Tu u nich się przechowywał ks. Sopoćko i dlatego nie był wywieziony do obozu. Wiele lat później wybrałem go na swojego spowiednika, ale to było dopiero wtedy, gdy wrócił szczęśliwie na Białostocczyznę. Był człowiekiem bardzo spokojnym i taktownym. On też dopuścił mnie do diakonatu, a wtedy trzeba było się wyspowiadać z całego życia. To on podpowiedział mi, w jaki sposób świętować każdego roku rocznicę przyjęcia biskupiej sakry: «Odprawiaj dzień skupienia, to przybliża do Chrystusa»”.

Kapłan rodzi się z modlitwy

„Osobą, która miała na mnie duży wpływ była koleżanka mojej mamy, s. Wanda Boniszewska, która była w Zakonie Sióstr Anielskich, bezhabitowych. Była osobą niezwykle pobożną, można by ją porównać ze św. Ojcem Pio, była ona także stygmatyczką, ale abp Romuald Jałbrzykowski nakazał jej ukrycie stygmatów. Wspominam s. Wandę, jak nosiła zawsze długie rękawy – tylko czubki palców było jaj widać. Jako dziecko myślałem, że to skromność zakonna, dopiero w seminarium dowiedziałem się szczegółów na ten temat. Otóż myślę, że oprócz moich rodziców, to chyba jej modlitwa i cierpienie (a cierpienie zawsze potrafi wyprosić u Boga nadzwyczajne dary) przyczyniły się do tego, że otrzymałem ten wielki dar powołania kapłańskiego”.

Blisko Maryi

„Dziecko, gdy się urodzi – niosą do chrztu. Ale następna uroczystość dopiero za 8 lat! Stąd na Wileńszczyźnie błogosławiono pięciolatki. Było to uroczyste ofiarowanie dziecka – szlachta niosła je do Matki Bożej Ostrobramskiej. Rodzice musieli być u spowiedzi i Komunii św., dziecko musiało być ubrane na biało, taką uroczystość zamawiano u Karmelitów. Ja miałem niecałe 5 lat, gdy byłem ofiarowany Matce Najświętszej. Ha, i jak widać, dobrze na tym wyszedłem... To było wielkie przeżycie. Pamiętam, że szliśmy po ciemnych schodach. Ja, cały przestraszony, trzymałem kurczowo dłoń taty. A potem zobaczyłem Obraz. Matka Boża z bliska ma tam dużą twarz, promienie okalające głowę też są duże, zwłaszcza dla małego chłopca. Podobno zaniemówiłem z wrażenia. Kiedy wyszedł karmelita i odmówił po łacinie wszystkie nakazane formuły, podniósł moją buźkę do góry i powiedział: Popatrz, widzisz? To jest Matka Boska Ostrobramska. A tu kto stoi? Odpowiedziałem z przejęciem: mama. I wtedy usłyszałem: Od dziś masz też tę Matkę, to Ona wzięła cię pod swoją opiekę. Na dole mama zapytała mnie: I jak ci się to wszystko podobało? A ja, niestety, popełniłem wtedy straszną gafę, bo spytałem: Proszę mamusi, a co ten ksiądz mamrotał nade mną? Nie rozumiałem łaciny... Można by tę tradycję wileńską przeszczepić na ziemie polskie, i «Niedziela» mogłaby w tym pomóc”.

Młodzi są dobrzy

„Przez kilka lat pracowałem w Duszpasterstwie Akademickim w Białymstoku. Wtedy przekonałem się, że młodzież jest dobra. Pamiętam Staszka z łomżyńskiego. Wysoki, pół roku przed absolutorium, z dużo niższą od siebie narzeczoną. Przychodzi do mnie, a ja mówię: Stachu, co ty? A on, że na zapowiedzi. Mówię mu: Poczekaj, za pół roku będziesz miał dyplom. A on, patrząc mi w oczy, odpowiada przytomnie: A ja nie chcę bez sakramentu, chcę tak, jak powinno być. O czym to świadczy? Że oni wynieśli z rodzin bardzo zdrowe zasady. Pamiętam też innych dobrych ludzi, którzy przychodzili i dzielili się tym, jak przeżywają swoje narzeczeństwo. Z tego nasuwał mi się jeden wniosek, że oni nie tylko mają zaufanie do swego duszpasterza, ale przede wszystkim do siebie. Mają świadomość mechanizmów, reakcji. Ale wiedzą też, że pewnej granicy przekroczyć nie wolno. Wiedzą też, że nie chcą jej przekroczyć. Gdy patrzę na naszą młodzież dziś, mam pewność, że tam są nie tylko ci słabeusze, o których się tak dużo i głośno mówi, ale że są tam ludzie piękni, o twardym kręgosłupie – i to o nich trzeba mówić. Słabeuszy trzeba zostawić miłosierdziu Bożemu”.

Blisko ludzi

„Pamiętam jedną z wielu prób. W 1957 r. usunięto ze szkoły mojego kolegę i ja miałem zająć jego miejsce. Technikum ogrodnicze, klasa maturalna. Zobaczyłem wyrośniętych mężczyzn. Jeden z nich wstaje i mówi tak: Czy ksiądz chce z nami dobrze żyć? Odpowiadam z całym spokojem, na jaki było mnie stać: Ja tu zostałem przysłany przez władzę kościelną nie tylko po to, aby z wami dobrze żyć, ale żeby się od was czegoś nauczyć, a i wy może ode mnie. Ale dryblas był przygotowany i pada pytanie numer dwa: A czy ksiądz będzie odpowiadał na nasze pytania, bo my mamy problemy? Trochę już się zląkłem, ale mówię niewzruszony: Naturalnie, jeśli tylko potrafię. Trzecie pytanie już było pytaniem-problemem, więc mi uszy zwiędły. Jednak szybko myślę: Cóż, to jest przewodnik stada. Gdy polegnę, przegrałem wszystko. Na szczęście Duch Święty nie opuszcza słabego w potrzebie. W tej ciążącej ciszy przemówiłem: Dotknąłeś najświętszej tajemnicy w życiu człowieka. To dobrze, masz do tego prawo, twój wiek domaga się, abyś szukał odpowiedzi. Ale dlaczego użyłeś takich wulgarnych słów? A on, patrząc mi w oczy, mówi: Proszę księdza, bo ja innych nie znam”.

Rzymskie zobowiązanie

„Był rok 2007 r., chodziła za mną taka myśl: Słuchaj, ty niedługo pójdziesz do domu Ojca, tam będą cię pytać o wszystko i postawią ci zarzut, że byłeś już na emeryturze, a ani jeden raz nie przeżyłeś Wielkiego Tygodnia na Watykanie, z papieżem. I to zdecydowało, że się zmobilizowałem. Bilet można było dostać tyko na 1 kwietnia, a więc trochę primaaprilisowo, ale miało to wielką zaletę: zacząłem pobyt w Rzymie od obchodów 2. rocznicy śmierci Jana Pawła II. O 12.00 na Lateranie kard. Ruini zamykał proces beatyfikacyjny Jana Pawła II przeprowadzony na terenie archidiecezji rzymskiej. Było wielu Polaków, zwłaszcza świeckich, co jest bardzo wymowne. Ja po raz pierwszy widziałem uroczystość zamykania procesu. Oczywiście, wymagało to wielu formalności prawnych, ale potem przyszedł moment zalakowania skrzyń z dokumentami. I myślałem po cichu, jak to sprawy duchowe zamyka się w pudełku i lakuje pieczęcią. W Wielki Piątek pierwszy raz widziałem papieża leżącego krzyżem, w tym akcie pokuty i uniżenia. To szczególne przeżycie. Ale Wielka Sobota to już nie po mojemu. Jestem przyzwyczajony do rezurekcyjnej procesji, bijących dzwonów, gromkiego Alleluja, a tam nic z tego. Dni mijały, przyszedł dzień powrotu, ale pragnienie spełniłem. Mogą mnie więc już teraz w domu Ojca pytać, a ja im spokojnie odpowiem”.

Kardynał, który zorganizował kongres

„Wspomnienie pierwsze: Sewilla, w loży siedzi królewska rodzina, episkopat, mało świeckich. I co się dzieje? Papież mówi, że następny kongres, w 1997 r. odbędzie się we Wrocławiu. Cisza. Kto w Hiszpanii wiedział, gdzie Wrocław, zwłaszcza, że on powiedział po polsku? Ale wciąż cisza. Zorientował się papież, że nie chwycili i mówi jeszcze raz: In Breslau. I nadal cisza! Patrzy papież, a ja miałem wstać, gdy ogłosi nazwę naszego miasta, i mówi wreszcie: in Polonia! Zerwały się oklaski, wstałem, i ukłoniłem się głęboko królowej matce. Innym trochę mniej, bo skoro nie wiedzą, gdzie jest Wrocław... Ale tak naprawdę, kiedy Ojciec Święty zakomunikował, że obowiązek zorganizowania 46. Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego spada na archidiecezję wrocławską, poczuliśmy się bardzo zaszczyceni. Bo pierwszy Kongres w Polsce i właśnie u nas. Dlaczego został wybrany Wrocław? Ja sam się nad tym zastanawiałem, ale Ojcu Świętemu takiego pytania nie postawiłem, bo to nie uchodzi”.

Moje miasto Wrocław

„Ludzie, którzy przyjechali tutaj po II wojnie światowej i nie mieli dokąd wracać, wnieśli swój trud, swój pot i ponieśli wiele wyrzeczeń, aby to miasto wyglądało tak, jak dziś. Przecież było zrujnowane, a sceptycy mówili: zaorać, posiać trawę i postawić tablicę «Tu był Wrocław». Jednak na szczęście zrobiono zupełnie inaczej. Jestem wdzięczny administratorowi apostolskiemu ks. inf. Milikowi, że zdecydował się na odbudowywanie katedry w takim kształcie, w jakim była. Jestem wdzięczny kard. Kominkowi za dbałość o przywracanie wystroju wnętrza katedry, biskupowi Urbanowi za pokrycie katedry miedzianą blachą. I ze swojej śmiałej decyzji odbudowywania wież katedry wrocławskiej wraz z hełmami też bardzo się cieszę. To miasto przyjmuje do siebie i otwiera możliwości do działania tym, którzy chcą działać, a aktywność ludzka jest przecież współpracą z Bogiem. Wrocław chętnie podaje rękę tym, którzy chcą pracować i tworzyć. Jest coś takiego w ludziach, we wrocławianach, że są otwarci. Może to młodość? Przecież otwartość i ciekawość drugiego, nowego, szczególnie młodość wyróżnia. Życzyłbym, aby dzisiejsi wrocławianie czerpali z tych możliwości, które tu są, chcieli dzielić się swoim potencjałem, i w ten sposób, połączonymi siłami, wznosić, budować i zmieniać. Cały świat stoi dziś otworem, to prawda, ale poszukiwanie ananasów też może się znudzić. Najlepiej człowiek może się rozwijać w aurze swoich tradycji i obyczajów. Dzisiejszy Wrocław różni się od miasta, które poznałem przybywając tu w 1976 r. Wcześniej pokutowało jakieś nieradzenie sobie władz z Ziemiami Odzyskanymi. Widziałem to zwłaszcza podczas podróży zagranicznych. Mówiono mi wtedy o Warszawie, Krakowie, a Wrocław był jakoś nie po drodze. Dziś to się całkowicie zmieniło. Często przyjeżdżając do naszego kraju zaczynają zwiedzanie właśnie od Wrocławia. Moje ulubione miejsce? To które najlepiej znam, Ostrów Tumski”.

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości już w Panamie

2019-01-22 21:17

pb (KAI Panama) / Panama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości są już w Panamie. Na 34. Światowe Dni Młodzieży przybyły osoby, które właśnie przypłynęły tam na żaglowcu „Dar Młodzieży”, jak również te, które wcześniej uczestniczyły w poszczególnych etapach podróży. – Panama jest piękna! – mówią w rozmowie z KAI.

Krzysztof Tadej

„Dar Młodzieży” pozostanie w stolicy Panamy do 28 stycznia. Cumuje w porcie Balboa, znajdującym się w pobliżu wejścia do Kanału Panamskiego od strony Oceanu Spokojnego. Uczestnicy rejsu zaprosili na pokład żaglowca papieża Franciszka, który będzie przebywał z wizytą w Panamie w dniach 23-27 stycznia.

- Chcemy być młodymi ambasadorami Polski – powiedziała KAI Dominika Hoft ze Środy Wielkopolskiej. Dodała, że już sam fakt udziału w Rejsie Niepodległości był wielkim zaszczytem, bo „mogliśmy w różnych portach świata mówić o Polsce, o tym, jaka jest piękna”. - Chcemy się tym podzielić także tutaj, w Panamie. To w końcu u nas dwa i pół roku temu odbyły się poprzednie Światowe Dni Młodzieży. Jest to dla nas fajne podsumowanie tego czasu i wykorzystamy to w stu procentach – podkreśliła Dominika, która na koszulce miała napis: „Bądź spokojny, Bóg czuwa i wie, co robi”.

- Ludzie w różnych krajach nas rozpoznawali i pytali o Polskę – zaznaczyła Anna Konopka z Krakowa. Rejs Niepodległości nazwała niesamowitą inicjatywą, dzięki której świętowała niepodległość „całym ciałem i duchem”.

Przyznała, że pierwszy raz miała okazję być na statku i poczuła na własnej skórze trudy z tym związane, które ją jednak umocniły.

Wyjaśniła, że rejs był podzielony na dziewięć odcinków i poszczególne grupy uczestników uczestniczyły w jednym z nich. Ale zwieńczeniem całego rejsu są Światowe Dni Młodzieży, dlatego do Panamy przylecieli wszyscy, którzy płynęli w Rejsie Niepodległości.

- Kiedy w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie papież ogłosił, że kolejne odbędą się w Panamie, to zamarzyłam, że chcę tam być, choć wydawało się to czymś dla mnie niemożliwym – zwierza się Agnieszka Szymczyk z Kielc. - Ale kiedy poszłam na studia, zobaczyłam ogłoszenie o konkursie na udział w Rejsie Niepodległości, którego kulminacją miał być właśnie pobyt na ŚDM w Panamie. Zgłosiłam się, choć z żeglowaniem nie miałam nigdy żadnej styczności. Mieszkam w województwie świętokrzyskim, więc nigdy nie sądziłam, że będę marynarzem, że będę wchodziła na reję, że będę myła pokłady i że poznam tylu niesamowitych ludzi. To niezwykłe doświadczenie i przygoda. Po dwóch i pół roku przyleciałam do Panamy ze znajomymi z Rejsu Niepodległości i mam zaszczyt uczestniczyć w tych wydarzeniach – opowiada Agnieszka.

Pytana, co trzeba było zrobić, żeby wygrać konkurs na udział w rejsie, tłumaczy, że składał się on z dwóch etapów. - Pierwszym było dodanie na Facebooku zdjęcia, które przedstawiało naszą małą ojczyznę, miejsce, do którego jesteśmy przywiązani, i zbieranie lajków od znajomych. Kto przeszedł do drugiego etapu, uczestniczył w Warszawie w konkursie wiedzy z zakresu Biblii, żeglugi i historii Polski. Po drugim etapie zostali wyłonieni zwycięzcy – wyjaśniła Szymczyk.

„Dar Młodzieży” wyruszył z Gdyni 20 maja 2018 r. W czasie całego rejsu przez jego pokład przewinie się niemal 1000 uczestników. Przybili lub jeszcze przybiją w sumie do 22 portów w 18 państwach świata na czterech kontynentach. Do Gdyni żaglowiec wróci 28 marca br.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem