Reklama

Antykatolicka kampania pod pretekstem walki z nadużyciami

Niedziela Ogólnopolska 13/2019, str. 12

Włodzimierz Rędzioch

Giuliano Ferrara – założyciel i dziennikarz „Il Foglio”

Giuliano Ferrara – założyciel i dziennikarz „Il Foglio”

Staram się czytać regularnie „Il Foglio”, bo to jedna z najbardziej prestiżowych gazet we Włoszech. Założył ją w 1996 r. Giuliano Ferrara, błyskotliwy dziennikarz o wielkiej kulturze i wspaniałym piórze, człowiek o bujnej przeszłości – syn komunisty, który w młodości działał w partii komunistycznej, później w partii socjalistycznej, a następnie związał się z liberalną partią Silvia Berlusconiego (był ministrem w jego rządzie i posłem w Parlamencie Europejskim). Cenię go za jego uczciwość intelektualną, która pozwala mu analizować naszą rzeczywistość bez uprzedzeń. I to właśnie jego uczciwość intelektualna sprawiła, że stał się zdecydowanym przeciwnikiem aborcji, jest admiratorem nauczania Benedykta XVI i broni tradycyjnych wartości chrześcijaństwa jako niezbędnego elementu społecznej spójności w liberalnej i demokratycznej cywilizacji zachodniej. Chociaż w 2015 r. Ferrara przekazał dyrekcję „Il Foglio” Claudiowi Cerasie, w dalszym ciągu pisze do gazety, którą założył.

Wszystko to sprawiło, że z wielkim zainteresowaniem przeczytałem numer „Il Foglio” z 28 lutego 2019 r., w którym Ferrara i jego redakcyjni koledzy skomentowali i przeanalizowali wyrok australijskiego sądu w procesie kard. George’a Pella. Już sam tytuł cyklu artykułów tłumaczy, jak postrzegają całą aferę wokół dawnego arcybiskupa Melbourne i jednego z najbliższych współpracowników Franciszka jako szefa – dziś już byłego – Sekretariatu ds. Gospodarczych Stolicy Apostolskiej: „Przypadek Pella jak «afera Dreyfusa»”, z podtytułem: „Nieistniejący świadkowie, nieprawdopodobna rekonstrukcja faktów, sędziowie podzieleni. Kronika niewiarygodnego procesu”. Dziś nie wszyscy pamiętają „aferę Dreyfusa”, która przeszła do historii jako symbol sfałszowanego procesu i niesprawiedliwego wyroku. Dotyczyła ona procesu i skazania francuskiego kapitana pochodzenia żydowskiego – Alfreda Dreyfusa za rzekomą zdradę na rzecz Niemiec. Dreyfus został aresztowany w 1894 r., a koronnymi dowodami w jego procesie były domniemany list kapitana do ambasady niemieckiej oraz złożone pod przysięgą zeznania świadka. Wyrokiem sądu wojskowego Dreyfus został skazany na dożywotni karny obóz. Gdy po kilku latach odkryto prawdziwego autora listu szpiegowskiego i fakt krzywoprzysięstwa, Dreyfus odzyskał wolność, ale dopiero w 1906 r. doczekał się pełnej rehabilitacji.

Absurdalne zarzuty anonimowej „ofiary”

Reklama

Afera Pella jest w „Il Foglio” analizowana w kilku artykułach. Zarzuty wysuwane przeciwko kardynałowi i pytania, które rodzą się w związku z nimi, zostały przedstawione w tłumaczeniu artykułu opublikowanego w australijskim dzienniku „Sydney Morning Herald”. Andrew Bolt, australijski felietonista w „Herald Sun” – jednej z najbardziej poczytnych gazet Australii, przedstawia swój pogląd na ataki na kardynała w rozmowie z Matteo Matuzzim. Sam Giuliano Ferrara natomiast tłumaczy, dlaczego proces kard. Pella należy uznać za współczesną skandaliczną „aferę Dreyfusa”.

Bolt otwarcie deklaruje, że nie wierzy w oskarżenia wysuwane pod adresem kardynała: „Chcą, abyśmy uwierzyli, że Pell w połowie lat dziewięćdziesiątych (dokładnie w grudniu 1996 r. – przyp. W. R.) złapał dwóch chłopców z chóru w zakrystii katedry św. Patryka, gdy pili wino mszalne po Mszy celebrowanej przez samego Pella. Chcą, abyśmy uwierzyli, że Pell zmusił chłopca do seksu oralnego, trzymając drugiego, a następnie wykorzystywał seksualnie obu. Chłopcy rzekomo uciekli z procesji po Mszy, aby włamać się do zakrystii, ale żaden z pozostałych członków chóru, którzy zeznawali, nie zauważył ich, jak to zrobili ani jak później dołączyli do chóru”. Problem w tym, że ks. Charles Portelli, ceremoniarz, i zakrystian Max Potter stwierdzili, iż po Mszy św. Pell „nigdy nie był sam”. Co więcej, kard. Pell zwykł zatrzymywać się na schodach katedry z wiernymi na 10-20 minut. Po swojej pierwszej Mszy św. jako nowy arcybiskup Melbourne Pell spotkał się m.in. z matką jednego z ministrantów. Poza tym w tamtym okresie prywatna zakrystia arcybiskupa była w remoncie, dlatego wszyscy korzystali z ogólnej, która zawsze była otwarta. Pomimo tych wszystkich okoliczności oskarżyciel kardynała – prokurator Mark Gibson uważa, że Pell mógł mieć ok. 5 minut na seksualne wykorzystanie dwóch chłopców. Teza absurdalna, zważywszy na przytoczone powyżej fakty.

Poza tym, według Bolta, „inteligentny i ostrożny człowiek, jakim jest Pell, nigdy nie naraziłby swojej błyskotliwej kariery i dobrego imienia, dokonując tak szalonego aktu w miejscu publicznym”. Gdyby to zrobił, należałoby go umieścić nie w więzieniu, ale w domu wariatów!

Reklama

Trzeba dodać, że nazwisko oskarżyciela Pella nie jest podawane opinii publicznej; drugi z chłopców, którzy mieli być molestowani, nigdy nie wystąpił z żadnym oskarżeniem, a przed śmiercią – zmarł z powodu przedawkowania narkotyków – wyznał matce, że nic z tego, o co oskarża się kardynała, nigdy się nie zdarzyło.

Kard. Pell – kozioł ofiarny

Jest więc rzeczą oczywistą, że uczciwi sędziowie za pierwszym razem stwierdzili, iż na podstawie takich „faktów” nie można skazać Pella. Orzeczenie to nie spodobało się mediom i opinii publicznej, pod których presją we wrześniu 2018 r. rozwiązano komisję sędziów i natychmiast powołano nową, która już w grudniu tego samego roku wydała „poprawny” wyrok skazujący kardynała. Dla Andrew Bolta, który nie jest katolikiem ani nawet chrześcijaninem, sprawa jest jasna: „Kard. George Pell został niesprawiedliwie skazany za seksualne wykorzystywanie dwóch nastolatków”. Uważa on, że kardynał stał się kozłem ofiarnym. Napisał: „Kościół katolicki od wielu lat ma bardzo negatywny wizerunek w większości australijskich mediów, w tym w naszych mediach państwowych, ABC. Pell został zaatakowany już ponad dwadzieścia lat temu, odkąd stał się najbardziej znaczącym i konserwatywnym głosem Kościoła w Australii. Został po raz pierwszy zaatakowany jako arcybiskup Melbourne za swoje konserwatywne przywództwo, gdzie był znany z reform wprowadzonych w szkołach katolickich w stanie Wiktoria. Był również atakowany za ostrzeganie przed przesadnymi tezami osób, które wierzą w globalne ocieplenie”.

Australijski dziennikarz przypomina, że w sądach ława przysięgłych nie może kogoś skazać, jeśli „istnieją jakiekolwiek uzasadnione wątpliwości”. „Uważam za niewiarygodne – dodał – że ludzie nie mogą wątpić w wyrok po poznaniu faktów. Ale nienawiść do Pella jest tak wielka, że trudno im się do tego przyznać”. Analiza afery kard. Pella kończy się gorzkim stwierdzeniem Bolta: „Nie chcemy przyznać, że Kościół jest atakowany nie tylko za nadużycia seksualne, ale także po prostu jako Kościół. Wielu wydaje się czymś, co ogranicza ich zachowania, dlatego chcą, by przestał istnieć. Jest «przytłaczający» i dlatego musi zostać zniszczony”.

Bolt przypomniał, że nie jest to pierwszy atak na kardynała, już wcześniej próbowano go skompromitować. Raz pewien mężczyzna oskarżył Pella, że był przez niego molestowany w jego rodzinnym mieście Ballarat, w kinie, w czasie projekcji filmu. Oskarżyciel podawał datę nadużycia, ale okazało się, że film, podczas którego miał być molestowany, był wyświetlany sześć miesięcy wcześniej. W końcu wycofał oskarżenie. Tak samo postąpił inny mężczyzna, który wymyślił sobie historię o wykorzystaniu go przez Pella w basenie. „Ale tym razem, gdy zarzuty są jeszcze bardziej nieprawdopodobne, kard. Pell został skazany” – stwierdził z rozgoryczeniem australijski dziennikarz.

Kampania antykatolicka pod pretekstem walki z nadużyciami kleru

Ferrara w swym artykule zwraca natomiast uwagę, że proces Pella, podobnie jak inne procesy kapłanów, odbywa się „w niesławnym klimacie prześladowczym, naznaczonym agresywną skłonnością ogromnej części światowej opinii publicznej i mediów do obwiniania za wszelką cenę”, w asyście „tłumu krzyczącego w stronę oskarżonego: «gnij w piekle»”, a „media na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną, z bardzo rzadkimi wyjątkami, tworzą chór w antychrześcijańskiej krucjacie”. Dziennikarz dowodzi, że na świecie działają nie tylko „konformistyczni lub bojaźliwi dziennikarze, ale i agresywni moralizatorzy tzw. postępowych kręgów katolickich, którzy z sadystycznym samozadowoleniem patrzą na pogrążanie się w skandalu i wstydzie księcia Kościoła”, i dodaje, iż za ich „groteskowym i fikcyjnym osądem zawsze kryje się insynuacja, że cała «zgnilizna» ma pochodzić od Jana Pawła II i Ratzingera”.

Ferrara z dumą podkreśla, że do tego chóru w antychrześcijańskiej krucjacie nigdy nie dołączył jego dziennik: „Przez dwadzieścia lat, praktycznie w samotności (co powinno być podejrzaną okolicznością dla każdego, kto ma wizję liberalną prawa i jego związku z mediami i opinią publiczną), my tutaj, w «Il Foglio», twierdzimy, że trwa okrutna kampania antykatolicka pod płaszczykiem walki z klerykalnym «wilkiem», księdzem oprawcą i biskupem, który go chroni”. Przyjmując postawę bezstronności, gazeta nie musiała „zaprzeczać nadużyciom, które miały miejsce, ale które w znacznym stopniu występowały równolegle z etyczną głuchotą panseksualistycznego świata wobec integralności dzieci, także i przede wszystkim poza kościelnymi murami”. Ferrara pisze: wystarczy, że „rozumiemy mechanizmy tego niezgodnego z prawem, ideologicznego, antychrześcijańskiego i antykatolickiego szantażu stosowanego przez wielkie media, organy sądowe, komisje, komitety działaczy przemawiających w imieniu ofiar i domagających się potężnych odszkodowań”. Celem tych nowych „antydreyfusowców” jest „uderzyć w dwutysiącletnią instytucję, która się zestarzała i jest teraz tragicznie niepewna między swoją tradycją a ziemskim «aggiornamento», ze zniesieniem niektórych jej fundamentów, takich jak celibat, troska o dusze, niezależność kultu i jego administrowanie przez konsekrowane duchowieństwo, sakrament osobistej spowiedzi, wykluczenie kobiet z święceń, moralność seksualna, autorytet w dziedzinie kultury i ludzkości, zaufanie wiernych, hierarchia, począwszy od biskupa Rzymu, papieża”.

Dziennikarz uważa, że w tej nowej sytuacji Kościół katolicki, „nie wiedząc albo nie mogąc zareagować, powierzył się, tak jak w jego naturze, duchowi poddania się przede wszystkim prawom Bożej Opatrzności przez pokutę i modlitwę, a następnie prawom tego świata”. W tym kontekście krytycznie ocenia ostatnie spotkanie biskupów w Watykanie poświęcone wykorzystywaniu nieletnich, uważając, że było to „samobiczowanie” i „padanie Kościoła na kolana przed organem inkwizycyjnym prasy i mediów”.

Mogłoby się wydawać – co Ferrara podkreśla – że to wszystko, co się dzieje teraz z Kościołem i w Kościele, jest sprawą wierzących i ich wiary w Bożą Opatrzność. Ale tak nie jest, ponieważ dla niewierzących, tych, którzy „darzą miłością nawet mgliste poczucie sprawiedliwości, równe prawa i brak uprzedzeń, obiektywną wiedzę o rzeczywistości historycznej”, trwające od dziesięciolecia „machinacje przeciwko takiej wartości, jaką stanowi Kościół katolicki, powinny być bodźcem do zainteresowania się sprawą i jej lepszego poznania, przeciwstawienia się spekulacjom, oddzielenia prawdy od fałszu”. Włoski dziennikarz, prawdziwy liberał, nie chce odwracać głowy w drugą stronę lub przyklaskiwać powszechnemu bezkrytycznemu potępianiu Kościoła, co czynią najgorsi współcześni „antydreyfusowcy”, bo byłaby to czarna plama w historii naszych czasów.

Pell i księża – tak! Dalajlama i mnisi buddyjscy – nie!

We włoskim dzienniku obnażono również obłudę fałszywych moralizatorów, którzy oskarżają jedynie Kościół katolicki, a nie widzą nadużyć dokonywanych przez innych. Maurizio Crippa podaje dwa symboliczne przykłady takiego stronniczego podejścia do sprawy nadużyć wobec nieletnich. Pierwszy dotyczy głowy buddyzmu tybetańskiego. Rok temu nikt nie był zgorszony, gdy XIV Dalajlama publicznie przyznał, że wiedział o wykorzystywaniu seksualnym młodzieńców przez mistrzów wiary w klasztorach buddyjskich. Powiedział, że został poinformowany o tych nadużyciach 25 lat temu podczas spotkania w Dharamsali. Ale milczał albo – wskazuje w swoim artykule dziennikarz – „może zastosował wewnętrzne środki, jak zrobiłoby to dawne Święte Oficjum”. W zeszłym roku w Rotterdamie XIV Dalajlama spotkał się z niektórymi z ofiar i powiedział: „Ludzie, którzy dopuszczają się przemocy seksualnej, nie podążają za naukami Buddy, więc teraz, kiedy wszystko zostało upublicznione, będą musieli uporać się ze wstydem”. Wszyscy bili mu brawo za jego „moralną prawość” – i na tym skończyło się widowisko. „Nikt nie widział w tym skandalu, nie było żadnych pełnych oburzenia edytoriali w prasie światowej, a przede wszystkim nikt nie żądał reformy buddyzmu”.

Crippa podaje drugi znaczący przykład – historię Larry’ego Nassara, byłego lekarza narodowej drużyny gimnastyki Stanów Zjednoczonych, którego skazano na karę więzienia za nadużycia seksualne i pornografię dziecięcą. Wśród jego ofiar były młode gwiazdy, nawet mistrzynie olimpijskie, ale afera Nassara nie odbiła się szerokim echem w mediach. Sprawa jest tym bardziej skandaliczna, gdy zdamy sobie sprawę, że – według badań dziennika „Indianapolis Star” – w ciągu ostatnich 20 lat odnotowano co najmniej 368 przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez członków (dorosłych) personelu sportowego. Dziennikarz zadaje sobie retoryczne pytanie: Dlaczego nikt nie poprosił trenerów gimnastyki, aby zebrali się na spotkaniu – na czymś w rodzaju synodu – aby wyznać swoje występki?

Na zakończenie Crippa cytuje Thomasa Stearnsa Eliota z „Chórów z «Opoki»”: „Czemu ludzie mieliby kochać Kościół? Czemu mieliby kochać jego prawa? On mówi im o Życiu i o Śmierci, i o wszystkim, o czym chcą zapomnieć. Kościół jest łagodny, gdzie oni chcą być surowi, i surowy, gdzie oni chcą być wyrozumiali. Kościół mówi o złu i o grzechu, i o innych niemiłych faktach”. Dlatego Kościół w dzisiejszych czasach jest „niekochany” i zwalczany, również przez fałszywych moralizatorów. I dziennikarz podkreśla: my w „Il Foglio” „jesteśmy przeciwni temu absurdalnemu polowaniu na czarownice”. Dodałbym – „czarownice” w sutannach.

W starożytności chrześcijanie ginęli w rzymskich cyrkach, dzisiaj w cyrkach medialnych kapłani skazywani są na śmierć cywilną przez „sędziów” nowej dyktatury, która zawładnęła światem – dyktatury relatywizmu i politycznej poprawności. Dobrze chociaż, że w tych dramatycznych czasach są jeszcze uczciwi dziennikarze, którzy w coraz to nowych „aferach” wokół Kościoła i Watykanu widzą to, czym są one naprawdę – okrutną i cyniczną kampanię antykatolicką pod płaszczykiem walki z nadużyciami wobec nieletnich, której ostatecznym celem jest próba zniszczenia Kościoła.

2019-03-27 10:20

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rzym: zmarł o. Kazimierz Przydatek SJ, opiekun polskich pielgrzymów

2020-09-28 19:13

[ TEMATY ]

śmierć

jezuici

©MaverickRose – stock.adobe.com

W Rzymie zmarł ojciec Kazimierz Przydatek, wieloletni duszpasterz Polaków w Rzymie i współpracownik Radia Watykańskiego, jezuita. Był związany z rozgłośnią papieską od 1967 do 1981 roku. Od 1970 roku przez cztery lata prowadził cykl pogadanek teologiczno-ascetycznych w rubryce Kurs wiedzy religijnej. Podejmował m.in. tematy: sakramentów, Pisma Świętego, stworzenia, istoty Boga, duszy ludzkiej, grzechu, cierpienia i odkupienia.

O. Kazimierz urodził się w 1933 r. Był synem kpt. Adama Przydatka rozstrzelanego przez Sowietów 16 kwietnia 1940 r. w Katyniu. Wraz z mamą, babcią oraz rodzeństwem został wywieziony na Syberię, gdzie cała rodzina żyła w skrajnie trudnych warunkach. Mama zmarła z wycieńczenia w 1944 r. Do Polski wrócił w 1947 roku. W 1950 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Został wyświecony na kapłana w kościele św. Andrzeja Boboli w Warszawie w 1960 r. przez bp. Zygmunta Choromańskiego. Po dwóch latach pracy z młodzieżą zakonną wyjechał na leczenie i dalsze studia do Rzymu, gdzie uzyskał doktorat z teologii.

W 1974 r. został powołany na sekretarza Roku Świętego 1975, po czym, z nominacji Pawła VI był członkiem Konsulty Duszpasterskiej przy Watykanie i przez kolejne 10 lat zajmował się polskimi pielgrzymami przyjeżdżającymi do Rzymu. Był pierwszym dyrektorem Ośrodka „Corda Cordi” i Domu Pielgrzyma przy via Pfeiffer 13 w Rzymie. W tym okresie niemal codziennie spotykał Jana Pawła II i organizował jego spotkania z polskimi pielgrzymami. Był świadkiem zamachu na papieża 13 maja 1981 roku i natychmiast zorganizował na Placu św. Piotra modlitewne czuwania w intencji Jana Pawła II, ustawiając na pustym tronie papieskim obraz Matki Bożej Częstochowskiej wykonany z nasion – dar pielgrzymów z Wielkopolski, na którym widniały litery: SOS.

Od 1986 roku był rektorem kościoła św. Andrzeja na Kwirynale, gdzie spoczywa ciało św. Stanisława Kostki, patrona Polski. Równolegle przez kilkadziesiąt lat był kapelanem w jednym z rzymskich szpitali. Następnie mieszkał i pracował w przy kościele del Gesù w Rzymie. Potem przeniósł się do Neapolu, gdzie był duszpasterzem i spowiednikiem w jezuickim kościele Il Gesù nuovo. Ostatnie lata swojego życia spędził w infirmerii Towarzystwa Jezusowego przy rezydencji św. Piotra Kanizego w Rzymie.

CZYTAJ DALEJ

Różaniec: historia i teologia

2020-09-29 10:09

[ TEMATY ]

modlitwa

różaniec

modlitwa zgiętych kolan

Karol Porwich/Niedziela

Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę.

  • Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.
  • Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy "różaniec" (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny.

Historia różańca

Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: "Nieustannie się módlcie" (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: "Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu" czy "Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną". Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy "psałterz" służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw - tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie "czarnej śmierci", dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za "nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej". Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy "różaniec" (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny.

Indyjskie słowo "japamala" oznaczające "zbiór modlitw", bądź "zbiór róż" ("japa" - róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa. Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: "Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my". Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać "wieniec róż" (niem. Rosenkranz; róża - kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa. Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go "otrzymać" od samej Matki Bożej podczas objawienia.

Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście "Rosarium Virginis Mariae" (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

Zarys teologii różańca

Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo "Jezus", imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby "oddychamy uczuciami Chrystusa" (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba "przegadać" wiele godzin!

Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje "List o Różańcu" (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie "ubóstwiają" same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

Różaniec łączy prostotę i głębię. "Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu" (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję