Reklama

Rozpoczęła się jubileuszowa, 10. edycja Dni Seniora we Wrocławiu!

2018-09-14 10:15

Anna Majowicz

Anna Majowicz

Dziś od godz. 9.00 na pl. Nowy Targ we Wrocławiu gromadzą się seniorzy, aby wziąć udział w jubileuszowej, 10. edycji Dni Seniora. Za niespełna 30 minut rozpocznie się tu Marsz Kapeluszy. Seniorzy przejdą ul. Kotlarską, przez Szewską, Kurzy Targ, aż do Rynku. Tam, na pl. Gołębim o godz. 11.00 rozpocznie się inauguracja Dni Seniora Wrocław 2018. Serdecznie zapraszamy!

Tagi:
Wrocław seniorzy

Ludwik Hirszfeld – wybitny lekarz stąd

2019-07-24 11:33


Edycja wrocławska 30/2019, str. 6

Wrocław był w życiu Ludwika Hirszfelda ostatnim miastem. Urodził się w Warszawie, w Berlinie studiował, w Heidelbergu odkrył prawo dziedziczenia grup krwi, w Zurychu uczył studentów, w Valjevie walczył z epidemią, która zaatakowała milion ludzi. Widział śmierć i zniszczenia dwóch wojen światowych, a jednak, gdy umierał 7 marca 1954 r., powiedział, że wierzy, że ludzie będą lepsi... To Hirszfeldowi zawdzięczamy odkrycie dziedziczności grup krwi i wprowadzenie w 1928 r. obowiązującego do dziś ich oznaczania: A, B, AB, 0. To on oznaczył również czynnik Rh i odkrył przyczynę konfliktu serologicznego, co uratowało życie wielu noworodkom.

Radek Mokrzycki
Urszula Glensk

Z autorką książki pt. „Hirszfeldowie. Zrozumieć krew”, prof. Urszulą Glensk – wrocławską badaczką reportażu, krytykiem literackim i wykładowcą w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego – rozmawia Wanda Mokrzycka

WANDA MOKRZYCKA: – Skąd Pani przyjaźń z Hirszfeldami?

PROF. URSZULA GLENSK: – To pewna koincydencja zdarzeń. Chciałam napisać książkę, która byłaby utrzymana w lekkim, nieakademickim stylu, ale przy pomocy umiejętności, jakie nabyłam jako pracownik uniwersytetu. Pomyślałam o biografii z elementem reportażu – szukałam postaci, która jest wciąż pamiętana i ktoś może jeszcze o niej coś powiedzieć. Zastanawiałam się nad Ludwikiem Hirszfeldem, odkrywcą zasady dziedziczności grup krwi, lekarzem i mikrobiologiem.
Kiedy powiedziałam mojemu tacie, że chcę napisać o nim książkę, okazało się, że przyjaciółka rodziny pracowała w jego laboratorium. I wtedy wiedziałam, że już znalazłam...
W Hannie Hirszfeldowej widziałam jedynie żonę Ludwika. Miałam jednak szczęście odnaleźć jej siostrzenicę, Joannę Belin, która opowiadała o naukowcu, ale co i rusz wtrącała anegdoty o ciotce. Wtedy zrozumiałam, że skoro pracowali razem, to nie może być tylko jego biografia. Oboje byli profesorami medycyny, badaczami i idealistami. Szybko zdecydowałam także, że należy opowiedzieć o ich życiu w kontekście historii XX wieku. Wybrałam więc narrację, w której przeplatają się dwie historie: indywidualna – o życiu moich bohaterów, i dramatyczna – pierwszej połowy XX stulecia.

– Można zaznaczyć sporo miejsc na mapie Europy, w których mieszkali Hirszfeldowie. Gdzie się Pani wybrała ich śladem?

– Moja mapa poszukiwań trochę odzwierciedla ich wędrówki życiowe, choć może niechronologicznie. Zaczynałam od Wrocławia. Tu spotkałam ich asystentów, którzy znali Hirszfeldów już jako prominentnych naukowców. Wybrałam się śladem lekarzy do Warszawy, gdzie zamieszkali po odzyskaniu niepodległości. Byłam w Zurychu i dzięki tej wizycie rozwiałam swoje wątpliwości co do zdjęć, czy zostały wykonane na Bałkanach, czy jeszcze w Szwajcarii. Ważnym miastem był dla mnie Londyn i spotkania z Joanną Belin – wiele wiedziała o Hirszfeldach, ponieważ w latach trzydziestych mieszkała z wujostwem na Saskiej Kępie. Rozmawiając z nią, miałam poczucie upływającego czasu, czułam, że nie zdołam zadać jej wszystkich pytań, bo sama dopiero ich szukałam. A opowiadała z wielką dbałością o szczegół – od niej dowiedziałam się, jak wyglądało biurko Marysi Hirszfeldówny, gabinet lekarski Hanny, a także pokój dla służby i kuchnia – były to pomieszczenia poniżej poziomu ziemi, niezbyt przyjemne. Joanna Belin odeszła w trakcie mojej pracy nad książką. Jestem jej wdzięczna, że zechciała podzielić się ze mną tymi historiami.
Odwiedziłam Jadwisin, w którym Hirszfeldowie spędzali wakacje. Byłam tam z dziś już nieżyjącym prof. Andrzejem Kiełbasińskim – siostrzeńcem Hanny, który znał to miejsce ze swojego dzieciństwa. Opowiadał o przedwojennych zabawach tak sugestywnie, że oczami wyobraźni widziałam grupkę dzieci bawiących się w wodzie, wśród nich biedną, anorektyczną Marysię, bo córka Hirszfeldów cierpiała na tę zupełnie nieznaną wtedy chorobę. Nikt nie potrafił jej pomóc, pomimo że matka współpracowała z najlepszymi ówczesnymi pediatrami z Paryża i Zurychu. Byłam też w miejscach, gdzie w czasie okupacji Hirszfeldowie ukrywali się po ucieczce z getta warszawskiego.

– Hirszfeldowie to lekarze na miarę naszych czasów, w których ponownie pytamy o szczepienia, eugenikę...

– Trudno sobie wyobrazić świat bez szczepionek i ludzi nękanych przez koszmarne choroby, o których dziś nie mamy pojęcia – nikt nie choruje na dur plamisty, który zdziesiątkował żołnierzy I wojny światowej bardziej, niż działania wojenne. Hirszfeldowie przyglądali się epidemii tej choroby w Valjevie na Bałkanach. Potem, w okresie międzywojennym, w Państwowym Zakładzie Higieny w Warszawie, w instytucji współtworzonej przez profesora produkowano szczepionki przeciwko ospie, durom brzusznym czy gruźlicy. W laboratoriach Hirszfelda szukano także sposobu na szczepienia przeciwnowotworowe. Badaniem raka zajmowała się Wanda Halberówna, która sama zmarła na tę chorobę tuż przed wojną.
Hirszfeld brał udział w komisji pracującej nad ustawą eugeniczną. Relacjonuję w książce toczone wówczas dyskusje, choć muszę przyznać, że głos Hirszfelda zawsze studził entuzjastów tej idei, co pokazują zachowane protokoły.

– Hirszfeldowie nie przywiązywali wagi do wiary. Dlaczego, wracając na ziemie polskie, przyjęli chrzest?

– Oboje pochodzili z rodzin żydowskich o prospołecznej postawie. Jedna z żyjących w XIX wieku ciotek mawiała: „Mam skórę mieszczki, a umysł socjalistki”, a wuj był zaangażowany w działalność narodowowyzwoleńczą. Ludwik też był polskim patriotą, Hanna prezentowała bardziej kosmopolityczną postawę, znała zresztą 7 języków, ale jej krajem były kliniki pediatryczne, w których pracowała. Gdy Polska odzyskała niepodległość, Hirszfeldowie zostawili Szwajcarię i wrócili do Warszawy. Chcieli budować nowy świat. Przyjęli chrzest wraz ze swoją córką, w roku 1920. Zdawali sobie sprawę, że Polska narzuca im pewną przynależność religijną, tym bardziej, że instytucje wyznaniowe pełniły wówczas, na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, rolę urzędów stanu cywilnego.

– Czy jest jakiś prezent, który Hirszfeldowie zostawili w Pani życiu?

– Tak... metry archiwaliów. Znajomi, swego czasu, mieli ze mną kłopot, bo wciąż męczyłam ich opowieściami o swoich bohaterach – tak byłam nimi zajęta. Wiele spraw wciąż mnie intryguje, zdarza się, że piszą do mnie czytelnicy, dzięki którym dowiaduję się nowych szczegółów związanych z życiem Ludwika i Hanny. Dzięki jednej z czytelniczek dowiedziałam się kim w istocie był „pan Potocki”, który pojawia się cztery razy w zapiskach Hirszfelda, ale zawsze bez imienia. Otóż nazywał się Konstanty Potocki i był aptekarzem, który pomógł Hirszfeldom w ucieczce z getta. Przeznaczył na ten cel własne pieniądze. Mieli wielkie szczęście, że przetrwali wszystkie epidemie i zagrożenia, o jakie się ocierali. Przetrwali pewnie dzięki dobrej intuicji i mądrości, ale siłą napędową ich życia była pasja do medycyny. Hirszfeld mawiał, że kto chce zapalać innych, sam musi płonąć.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Róża z Limy

Ks. Tomasz Blicharz

wikipedia.org
Św. Róża z Limy

Religijne wychowanie

Izabela de Floresy del Oliva urodziła się 20 kwietnia 1586 r. W Limie przeżyła całe swoje życie. Imię wybrała jej matka, okazało się, że na krótko. Dziewczynka ze względu na delikatną cerę nazywana była Różą. Potem otrzymała to imię podczas bierzmowania i mało kto pamiętał, że wcześniej nazywała się Izabela.

Pracowitość

Róża była równie pracowita, co piękna. Odznaczała się głęboką wiarą i pobożnością. Bardzo szybko zaczęła pomagać rodzinie. Hodowała kwiaty, haftowała, szyła. Jako młoda dziewczyna obiecała Panu Bogu całkowite oddanie i złożyła ślub czystości. Kiedy próbowano wydać ją za mąż, ona zdecydowanie przeciwstawiła się temu. Wszystkie trudności znosiła z wielką cierpliwością.

Za wzorem św. Katarzyny

W wieku 20 lat została tercjarką dominikańską. Zamieszkała wtedy osobno w letnim domku, który znajdował się w jej rodzinnym ogrodzie. Za swój ideał i patronkę uważała św. Katarzynę ze Sieny. Bardzo chciała być do niej podobna. Wszystko, co wiedziała o świętej, starała się wcielać w życie. Czas spędzała na postach, umartwieniach i modlitwie. Żyła niezwykle surowo. Niosła pomoc ubogim i chorym, zwłaszcza Indianom i niewolnikom. Uważana jest za prekursorkę służby społecznej w Peru.

Śmierć

Zmarła 24 sierpnia 1617 r. w dniu, który sama sobie przepowiedziała. Ze względu na sławę jej świętości już za życia, dominikanie pochowali ją najpierw w krużganku klasztornym, a dwa lata później w swoim kościele w Limie w kaplicy św. Katarzyny ze Sieny. Papież Klemens IX dokonał jej beatyfikacji w 1668 r. i ogłosił ją patronką Ameryki, a w 1670 r. także patronką Filipin i Antyli. W trzy lata po beatyfikacji nastąpiła jej kanonizacja, której dokonał papież Klemens X w 1671 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wieluń pielgrzymuje na Jasną Górę po raz 156

2019-08-23 14:44

Zofia Białas

Zofia Białas

Pielgrzymowanie Polaków na Jasną Górę w Częstochowie rozpoczęło się w I połowie XV wieku. Zainspirowane zostało przeniesieniem odnowionej po rabunku ikony Matki Bożej z Krakowa na Jasną Górę w Częstochowie. Liczba pielgrzymów na Jasną Górę zwiększyła się po „potopie szwedzkim. Wtedy umacniał się kult Matki Bożej.

Zobacz zdjęcia: Wieluń pielgrzymuje na Jasną Górę

Na Jasną Górę pielgrzymowała głównie szlachta, później dołączyli do niej mieszczanie i na końcu chłopi. Od samego początku najwięcej pielgrzymów przychodziło i przychodzi do Maryi na 15 sierpnia, na dzień Jej Wniebowzięcia oraz na 26 sierpnia, na dzień Jej imienin. W sierpniu Jasna Góra dla wielu staje się górą zwycięstwa nad własnymi słabościami i duchowym ubóstwem.

W tym miesiącu zdążają pieszo do Częstochowy Polacy ze wszystkich zakątków kraju, zarówno znad Bałtyku jak i z polskich gór, pokonując łącznie szlaki długości ponad 15 tys. km, bo tyle wedle raportu Katolickiej Agencji Informacyjnej liczą szlaki pielgrzymkowe do Częstochowy. Najdłuższe z nich, 500 – 600 km, prowadzą z Pomorza Zachodniego i z Warmii. Wśród pielgrzymujących coraz więcej ludzi młodych. Stanowią oni ok. 50% wszystkich pielgrzymujących. Tak samo jest w pieszej pielgrzymce wieluńskiej, w tym roku zdążającej na Jasną Górę po raz 156.

Pielgrzymki z Ziemi Wieluńskiej, jak mówią źródła, na Jasną Górę wychodziły regularnie w latach 80. XIX wieku. Ich nasilenie nastąpiło na przełomie wieku XIX i XX.

Prawie wszystkie parafie ziemi wieluńskiej pielgrzymowały na Jasna Górę w czerwcu, sierpniu i wrześniu po odzyskaniu niepodległości w latach 1918 - 1939 (w czasie I wojny nie było pielgrzymek), ale nie wszystkie zgłaszały swoje przybycie.

Pielgrzymki nie wyruszały do Częstochowy w czasie II wojny światowej. Nie pielgrzymowano też w latach 50 – tych XX wieku. Pielgrzymować bez przeszkód można od 1989 roku.

Szybko minął rok. Przyszedł kolejny sierpień i czas wieluńskiego pielgrzymowania na Jasną Górę w Częstochowie. Rozpoczęła się 156. Piesza Pielgrzymka Wieluńska (23 – 28 VIII). Wyruszyło na nią pod kierownictwem ks. Konrada Cygana ok. 500. pielgrzymów. Hasłem tegorocznej pielgrzymki są słowa ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia „Wszystko postawiłem na Maryję”.

Pielgrzymowanie rozpoczęło się Eucharystią. Celebrowali ją księża idący z pielgrzymką, przewodniczył ks. Jacek Zieliński – dziekan Regionu Wieluńskiego, kustosz Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. Słowo Boże do pielgrzymów skierował ks. Mirosław Rapcia - dziekan Dekanatu Nawiedzenia NMP. Bohaterem swojej wypowiedzi uczynił ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego, słowa będące mottem tegorocznego pielgrzymowania oraz credo Prymasa Tysiąclecia - Bóg, Ojczyzna, drugi człowiek. Postać Prymasa, powiedział, będzie przybliżana podczas konferencji w drodze.

Jak każe tradycja, wspólnie z pielgrzymami modlili się na Mszy Świętej przedstawiciele władz samorządowych: Paweł Okrasa – burmistrz Wielunia, Andrzej Chowis – radny Sejmiku Wojewódzkiego. Oni też odprowadzili pielgrzymów do bramy klasztoru sióstr Bernardynek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem