Reklama

Hej kolęda, kolęda... O co w tym wszystkim chodzi?

2019-01-07 10:46

Agnieszka Bugała

pixabay

Znane są wszystkim założenia tych spotkań i emocje z nimi związane. Gdyby jednak duszpasterze (a może i sami wierni?) zechcieli podzielić się tymi nieoczekiwanymi „perełkami radości”, jakie mają miejsce w mieszkaniach otwartych dla duszpasterzy – powstałby niewątpliwie wielotomowy bestseller. Może ta zachęta da początek takiego zbioru doskonałego humoru sytuacyjnego?

BEŁEK

Jednym ze „stałych punktów programu” podczas „kolędy” jest sprawa zwierząt domowych. Trudno się dziwić, że np. psy są takimi niezwykłymi odwiedzinami wyjątkowo zaintrygowane i chcą w nich „czynnie” uczestniczyć! Tak więc jedne na „dzień dobry” dokładnie potrafią duszpasterza oblizać, inne zawloką mu stułę do budy; jeszcze inne, przytwierdzone przez gospodarzy do rur odpływowych zlewozmywaka, przeraźliwie wyją, uniemożliwiając spokojną modlitwę...

Reklama

Wiedząc o tym, prosiłem zawsze przed odwiedzinami, by wcześniej problem zwierząt rozwiązać w taki sposób, by „nie było tematu”: worek na akwarium (żeby rybki nie podsłuchiwały i nie podglądały), psy odpowiednio daleko od pomieszczeń mieszkalnych, ptaki do łazienki, żółwie do pudełka od chleba itd.

Muszę przyznać, że zwykle to przygotowanie dawało pożądane efekty, ale pewnego razu w parafii, gdzie już po raz kolejny jako proboszcz odwiedzałem wiernych (a zatem moi parafianie byli już dostatecznie uczuleni na wszelkie takie zagadnienia), podczas wizyty w ostatnim domu, wyznaczonym na dany dzień poczułem, że w czasie modlitwy coś dziwnego dzieje się przy moich stopach. Domyśliłem się od razu: pies!

Rzeczywiście: obwąchiwał, łasił się, właził pod sutannę; w końcu zaczął rozwiązywać sznurowadła (modlitwa trwała dość długo). Pomyślałem: gospodarze zaraz usłyszą, co trzeba!

Gdy zakończyliśmy część modlitewną i miałem już usiąść w gościnnym domu przy stole, spojrzałem wymownie na gospodarzy i stwierdziłem sucho:

– Ładny pieseczek się tu kręci.

Ci spojrzeli na podłogę i potwierdzili:

– Tak, rzeczywiście: przyzwoity kundelek.

Coś mi tu „nie grało”: jakże to, nie przepraszają, nie biegną wynosić stworzenia z pokoju? Spojrzałem jeszcze raz i poczerwieniałem ze zdumienia: był to... mój pies – przybłęda, Bełek! (nazwałem go w ten sposób dla odróżnienia od „Niołka”, gdyż był czarny).

– Jak on się tu dostał, dlaczego go wpuściliście do swego domu?! – pytałem całkiem skonfundowany.

– Pewnie wyczuł, że ksiądz proboszcz już kończy odwiedziny i przyszedł po swego pana, by odprowadzić do domu – odpowiedzieli gospodarze z uśmiechem. – A ponieważ ksiądz proboszcz chodzi w tym roku bez ministrantów, więc pomyśleliśmy, że Bełek jest zamiast chłopców w „ochronie”...

*

Po paru dniach, gdy zdawałem parafianom sprawę ze swego „kolędowania”, podziękowałem wszystkim za życzliwość, gościnność i właściwe traktowanie roli zwierząt domowych – z jednym wyjątkiem. Podałem nawet nazwiska i adres ludzi, u których pies przeszkadzał podczas modlitwy! Wszyscy obecni w kościele byli oburzeni i na niesubordynowanych parafian i na mnie jako proboszcza, że ich publicznie „sypnąłem” – do momentu, w którym wyznałem, że to był... mój pies!

Chyba nigdy ogłoszenia parafialne nie były w naszej świątyni tak radosne...

JESZCZE JEDEN PIES

Wspomnę jeszcze jedno spotkanie „kolędowe”, które zakłócił pies.Wchodząc do pewnego mieszkania, zostałem dosłownie i najgłośniej jak to było możliwe, obszczekany przez psa. Starsi małżonkowie na czas wizyty duszpasterskiej przywiązali go do rur, odprowadzających wodę ze zlewu w kuchni. A że zlew i owe rury miały już swoje lata, więc psina była w stanie dokonać sporego zniszczenia tych urządzeń wodno-kanalizacyjnych (że o uszkodzeniu stroju i ciała księdza wikariusza nie wspomnę).

Próbowałem osobiście zignorować obecność czworonoga w mieszkaniu tym bardziej, że z małżonkami weszliśmy do sąsiedniego pokoju. Cóż, kiedy pieseczek poczuł się chyba tym boleśniej zraniony w swej godności „brata psa” i wył jeszcze groźniej, pogarszając jednocześnie stan techniczny wspomnianych wyżej urządzeń kuchennych. Widziałem, że serca tych ludzi były rozdarte pomiędzy sprawowanym w ich mieszkaniu misterium modlitwy, a ich najwierniejszym przyjacielem. Gdy więc doszło do odmawiania „Modlitwy Pańskiej”, wyglądała ona mniej więcej tak:

– „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...”

– Cicho piesku, cicho!

– „...bądź wola Twoja jako...”

– Nie szczekaj kochany, nie szczekaj już tak bardzo na księdza!

Kobieta wyszła z pokoju, gdzie się modliliśmy, uklęknęła przy piesku i zaczęła go gładzić po szczekającej wytrwale głowie.

– „Chleba naszego powszedniego...”

– No, mój malutki, spokojnie, ksiądz sobie zaraz pójdzie! – dopowiadał tym razem starszy pan, który również uklęknął pod zlewem, aby gładzić tylną część stworzenia.

Postanowiłem nie przedłużać już wstrząsających cierpień tej zgranej trójki: udzieliłem błogosławieństwa i poszedłem sobie.

Zapanowała cisza.

GDZIE JEST DZIADEK?

Niewątpliwą „atrakcją” spotkań z parafianami „na kolędzie” są dzieci. Ich pomysłowość, szczerość i spontaniczność potrafią zwłaszcza rodzicom sprawić nie lada kłopoty!

W tym domu kilka minut zajęło mi „oswajanie” pięciolatka, który w końcu pozbył się wszelkich zahamowań i najwyraźniej zamierzał przejąć na siebie odpowiedzialne funkcje gospodarzy domu.

Przy uzupełnianiu kartoteki stwierdziłem, że brakuje wśród nas jednego z członków rodziny, a mianowicie dziadka owego rozkosznego malca. Rzuciłem od razu uwagę, że pewnie jest w pracy i nie mógł stanąć pośród nas do modlitwy, co rodzice chłopca skwapliwie podchwycili i potwierdzili. Ale malec najwyraźniej miał inne zdanie, którego nie zamierzał ukrywać.

Zrobiło się nieciekawie, bo kłamstwo jest rzeczą straszną i mały to przeżywał. Z kolei czułem, jak za chwilę zawali się na moich oczach autorytet rodzicielski; chciałem zatem zmienić temat. Udało się to o tyle, o ile znów chłopczyna nie miał jakichś innych niż rodzice spostrzeżeń. Ale w sumie atmosfera była ciepła, wręcz radosna, co małemu chrześcijaninowi wyjątkowo się podobało.

Gdy zatem już żegnałem się z rodziną w przedpokoju, mały raz jeszcze zdecydowanie przejął inicjatywę w swoje kończyny górne, a wcześniej zawołał:

– Niech ksiądz trochę poczeka!

Po tych słowach otwarł drzwi w przedpokoju, za którymi znajdowało się wejście na strych i krzyknął, patrząc w górę:

– Dziadku, złaź szybko, ten ksiądz jest całkiem fajny i nie musisz się przed nim chować!

Dziadek musiał mieć jakąś wyjątkową „słabość” do miłego wnuczka, bo zszedł czym prędzej, tłumacząc się (niepotrzebnie zresztą), że szukał właśnie swoich zgubionych okularów.

Wspominałbym to spotkanie mimo wszystko mile do końca swego życia, gdyby nie fakt, że po zamknięciu się za nami „kolędnikami” drzwi, usłyszałem odgłosy, związane ponad wszelką wątpliwość z wymierzaniem dziecku „sprawiedliwości” za pomocą ojcowskiego paska...

I kto takiego dzieciaka, który chce mówić prawdę, obroni przed jego najbliższymi rzekomo ludźmi?

„KOLĘDOWA” LEKTURA

Gdy pierwszy raz w życiu wyruszałem na „kolędowe” odwiedziny, bardzo dokładnie starałem się zapoznać z kartoteką, zwracając uwagę na wszelkie nanoszone na odwrocie adnotacje. W ciągu ostatnich 16 lat (tyle bowiem owa kartoteka wtedy sobie liczyła) na niektórych kartach nazbierało się tych uwag bardzo wiele i to niezwykle ciekawych! Pozwalało to mniej więcej nastawić się z góry na spotkania z poszczególnymi rodzinami i w miarę możliwości unikać sytuacji niepewnych czy niezręcznych dla obu stron.

Ale pewnego dnia wziąłem do ręki kartę, na której po kilkunastu bardzo dziwnie brzmiących zapisach różnych księży, znajdował się na ostatniej pozycji (czyli po ubiegłorocznej „kolędzie” taki oto tekst:

„Pan domu podczas kolędy siedział w wannie w łazience i czytał książkę”.

Czy to możliwe? – pytałem samego siebie, bo księdza, który to zapisał, już w parafii nie było. Rodziły się dalsze wątpliwości: jak ten duszpasterz znalazł człowieka w łazience? A może to jakaś całkiem porządna rodzina, tylko księża pozwolili sobie na żarty?

Koniec końców dotarłem pod adres owego niezwykłego „czytelnika łazienkowego” i pełen obaw czekałem, co będzie podczas spotkania.

Przyjęła nas jakaś kobieta z pieskiem na rękach: otwarła przyciskiem automatyczną furtkę i zaprosiła na drugie piętro swej willi. Rozmowa jakoś się nam „nie kleiła” nawet po wyjściu ministrantów. Nie chciałem też za bardzo o nic wypytywać, ale ogólnie nie było to miłe spotkanie. Dość szybko pożegnaliśmy się i zacząłem zmierzać do wyjścia.

Pamiętałem, że jestem na drugim piętrze, zatem logiczne wydawało się odnalezienie schodów i zejście nimi w dół. Proste, ale pod warunkiem, że się zna drogę; gdy jeszcze nie włączy się na klatce schodowej światła, sprawa wygląda dość „ciemno”. Postępowałem zatem w ten sposób, że sunąłem ręką po drewnianej boazerii ściany, ostrożnie stawiając nogi na kolejnych stopniach. Pani widocznie obdarzyła mnie wielkim zaufaniem, skoro pozwoliła mi samotnie przemieszczać się po swoim dużym domu.

Gdy doszedłem już do parteru, powstał jeszcze nowy problem: znalezienie otworu wyjściowego. I wtedy ręka, sunąca po deseczkach, natrafiła nareszcie na klamkę. Nacisnąłem ją i drzwi się otwarły, ale nie na podwórze, lecz do... łazienki!

Zanim wyjąkałem zawstydzone „przepraszam” zauważyłem, że jest w tym pomieszczeniu wanna, a w niej siedzi człowiek i... czyta książkę!

Czy aby tę samą, co rok temu?! – zadałem sobie w duchu pytanie.

Po powrocie na plebanię na kartotece tej rodziny dopisałem dwa słowa: „jak wyżej”.

BARTEK

Jak już tutaj wspomniano, dzieci stanowią potencjalne niebezpieczeństwo dla spotkań „kolędowych”, gdyż ich wypowiedzi są trudne do przewidzenia. Ale jeśli przyjmuje się te dziecięce „zeznania” z całą prostotą, ileż w nich autentycznej radości!

Oto na kolanach księdza proboszcza siada pięcioletni Michał i rozpoczyna się serdeczny dialog. Na zakończenie tego swoistego „wywiadu” chłopczyk otrzymuje obrazek kolędowy z wyobrażeniem małego Pana Jezusa, leżącego na sianie. Ale równocześnie mały chrześcijanin słyszy pytanie pod swoim adresem:

– Michale, powiedz nam, kto jest przedstawiony na tym obrazku?

Chłopiec spojrzał spod okularów na betlejemskie Dzieciątko i bez większego zastanowienia odparł:

– Bartek.

Tego się nikt nie spodziewał! Przecież każde dziecko wie, jak wygląda Pan Jezus, narodzony w Betlejem. W dodatku Michał chodził już na religię dla najmłodszych!

No tak, ale w wózeczku, stojącym w pokoju, leżał niedawno narodzony Bartek, młodszy brat Michała, więc to skojarzenie wydawało się znacznie prostsze dla dziecka.

Mama pośpieszyła z właściwą podpowiedzią, ale po powtórzeniu pytania Michał, z uporem godnym lepszej sprawy, pozostał przy własnej wersji:

– Na obrazku jest Bartek.

– Dziecko – odezwałem się ze spokojem – to na pewno nie jest twój brat, Bartek. Mama ci już powiedziała, że to Pan Jezus. Przyjrzyj się jeszcze raz, proszę.

Chłopczyna przechylił głowę i raz jeszcze skupił swą uwagę na obrazku. Po chwili namysłu usłyszeliśmy znowu:

– To jest Bartek.

Nie było rady: trzeba poświęcić dziecku więcej czasu, bo przecież „kolęda” jest w swych założeniach także ewangelizacją. Zacząłem zatem drogą nieco okrężną:

– Michasiu, czy twój braciszek urodził się na sianie?

– Tak.

– A skąd wiesz?!

– Bo widziałem.

Poczerwieniałe twarze rodziców skłoniły mnie do zaniechania dalszych działań duszpasterskich. Bo może rzeczywiście...?

Edukacja seksualna po katolicku - znakomity przykład

2019-10-18 08:22

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

Piękno i głęboki sens ludzkiej seksualności: w służbie miłości, a nie w oderwaniu od niej – ukazuje książka: „Powiedz mi, co to jest miłość?”, autorstwa Inès de Franclieu, która wydana została niedawno w polskim tłumaczeniu. Może być ona cenną pomocą rodzicom w edukacji seksualnej dzieci, rekomendowaną przez Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus”. Książka jest przeznaczona dla rodziców i dzieci od 5 do 12 lat.

YouTube.com

"Powiedz mi, co to jest miłość" jest pozycją unikalną – podkreśla znany świecki psychoterapeuta Szymon Grzelak. - Autorka łączy w niej praktyczne podejście mądrej, kochającej matki z profesjonalizmem psychologicznym i medycznym. Łączy głębię z prostotą ujęcia - prostotą konieczną, by dzieci mogły zrozumieć intymne prawdy miłości i seksualności. O seksualności pisze z wrażliwością i delikatnością, ale zarazem wprost - bez uciekania od tematów trudnych - stwierdza.

Swój przewodnik po miłości i seksie, Inès de Franclieu rozpoczyna od prezentacji dzieciom tajemnicy płci człowieka i związanych z tym różnic pomiędzy chłopcem a dziewczynką. Ukazuje jak stopniowo zmieniają się narządy płciowe w okresie dojrzewania. Pomaga dziecku w poznaniu i zaakceptowaniu swego ciała oraz dokonujących się w nim zmian. A powstające nowe życie traktuje jako prawdziwy cud, którego etapy warto jest poznać. Od momentu poczęcia, poprzez poszczególne etapy ciąży, aż do urodzin. Powstawanie życia autorka ukazuje nie tylko jako fakt biologiczny, ale zawsze jako owoc miłości.

Życie płciowe człowieka autorka prezentuje więc w kontekście rozwoju uczuć wyższych. Ludzkie ciało i seks przedstawia jako najpiękniejszy instrument miłości, do której każdy z nas winien jednak dorosnąć. Dorosnąć i chronić po to, aby móc się nim nie tylko cieszyć, ale i obdarowywać drugą osobę. Dlatego ostrzega przed rozpoczynaniem życia seksualnego zbyt wcześnie. Prezentowana przez nią koncepcja życia seksualnego jest wizją głęboko chrześcijańską, choć werbalnie się do niej nie dowołuje.

Autorka książki radzi, aby rozmowy z dziećmi na ten temat rozpoczynać wcześnie, już od 5 roku, kiedy pojawiają się pierwsze ich pytania. W dzisiejszym świecie – tłumaczy - bardzo łatwo się zetknąć z wulgarnym językiem, a nawet pornografią, dlatego warto jest zacząć rozmowę w dzieckiem jak najwcześniej, zanim uzyska dostęp do tej wiedzy od rodzeństwa lub starszych kolegów.

„Rozmowy z dziećmi – podkreśla - zwłaszcza w młodszym wieku, będą krótkie, gdyż szybko zaspokajają one swoją ciekawość. Warto je powtarzać i w kolejnych rozmowach, inicjowanych przez nas lub dziecko, poszerzać zakres naszych odpowiedzi, zgodnie z potrzebami dziecka”.

Przyznaje, że rozmowy te powinny być prowadzone po pierwsze „w sposób rozważny” a po drugie winny być one „zindywidualizowane”, czyli dostosowane do poziomu rozwoju i wrażliwości dziecka.

Zapewnia rodziców, że „takie rozmowy z dzieckiem na tematy miłości i seksualności nie tylko dają mu poczucie bezpieczeństwa, ale również umacniają relację rodzic–dziecko i stanowią bazę do przyszłych rozmów, gdy stanie się ono nastolatkiem”. Najważniejsze jednak – zdaniem autorki – jest to, aby taką rozmowę zacząć już teraz... .

Książka może być cenną pomocą nie tylko dla rodziców, ale również nauczycieli, katechetów i wychowawców.

Książce towarzyszy strona internetowa: powiedzmi.pl, a zamówienia można składać na adres e-mail: kontakt@powiedzmi.pl

„Powiedz mi, co to jest miłość? Ciało-Miłość-Życie-Seksualność”; Inès de Franclieu; Wydawnictwo Inter Global Oświata, Warszawa 2019.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski o in vitro: nie wszystko, co jest technicznie możliwe, jest moralnie dozwolone

2019-10-18 20:52

Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej / Kraków (KAI)

- Problem jest bardzo złożony z punktu widzenia etycznego i moralnego. Podejście czysto techniczne do spraw związanych z tajemnicą życia jest upraszczające, a wiąże się z naszą odpowiedzialnością za życie drugiego człowieka - mówił abp Marek Jędraszewski podczas comiesięcznych „Dialogów”, które w październiku odbyły się w krakowskiej Bazylice św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa w Krakowie. Tematem spotkania było: „In vitro – dlaczego nie wolno, skoro żyją ludzie, którzy się tak poczęli?”.

Adam Bujak/Archidiecezja Krakowska

Metropolita w wygłoszonej na początku katechezie zaznaczył, że omawiane zagadnienie jest niezwykle trudne. Księga Rodzaju mówi, że człowiek został stworzony na Boży obraz i podobieństwo, a fakt posiadania potomstwa jest błogosławieństwem i szczęściem. Nawiązał do płaszowskiego Sanktuarium Matki Bożej Błogosławionego Macierzyństwa, dodając, że powstało ono z niezwykle istotnego powodu. - Ludzie przybywają tam i modlą się o łaskę posiadania dzieci. Są przypadki, że dziecko staje się szczęściem małżonków, często po wielu latach oczekiwania – mówił abp Jędraszewski.

Hierarcha podkreślił, że metoda in vitro wiąże się z brutalną ingerencją w organizm kobiety i selekcją embrionów. - Pojawia się poważny problem etyczno-moralny. Co zrobić z tymi poczętymi dziećmi? Zamrozić? Jak długo mogą one w tym stanie istnieć? Czy po jakimś czasie będzie można ponownie z tego embrionu skorzystać, wszczepiając je w łono tej samej kobiety? – stawiał pytania abp Jędraszewski i zwracał uwagę, że zdrowie dzieci poczętych metodą in vitro jest dużo bardziej zagrożone niż poczętych naturalnie. Hierarcha wspomniał także o istnieniu syndromu „po in vitro”, gdy osoby poczęte tą metodą stawiają sobie pytania o swoje rodzeństwo, które zostało poczęte, a nie urodziło się.

Metropolita zaznaczył, że z punktu widzenia nauki Kościoła, metoda in vitro jest niezgodna z moralnością katolicką, ale człowiek, który dzięki niej się urodził zasługuje na pełny szacunek.

- Możliwości techniczne, jakie związane są z rozwojem współczesnej medycyny, pozwalają na to, żeby mogły począć się dzieci metodą in vitro, ale tutaj chciałbym wrócić do podstawowej zasady, o której wielokrotnie mówił Jan Paweł II spotykając się z naukowcami: - Nie wszystko, co jest technicznie możliwe, jest moralnie dozwolone – mówił abp Jędraszewski odwołując się do podstawowej zasady, o której wielokrotnie wspominał Jan Paweł II spotykając się z naukowcami. - Niewątpliwie, rozwój techniki i jej najrozmaitszych przejawów wskazuje na potęgę człowieka. Nie znaczy to, że mając takie możliwości, może on ze wszystkich godnie korzystać lub wykorzystywać je do swoich celów – podkreślał metropolita krakowski.

W drugiej części „Dialogów” abp Jędraszewski odpowiadał na pytania nadesłane drogą mailową. Odnosząc się do problemu niespełnionego pragnienia macierzyństwa Arcybiskup odwołał się do koncepcji człowieka kard. Karola Wojtyły, przedstawionej w książce „Osoba i czyn”, wg której człowiek spełnia się przez swoje dobre czyny. Człowieka od zwierząt odróżnia fakt, że jest istotą wolną – „mogę coś, ale nie muszę – nie jestem zdeterminowany, mogę wybierać”. - Wolność jest autentyczna, kiedy wybieram to, co jest moralnie dobre – cytował kard. Wojtyłę abp Jędraszewski podkreślając, że autentyczna wolność polega na podporządkowaniu się prawdzie, co z kolei realizuje się poprzez podporządkowanie właściwie ukształtowanemu sumieniu. - Wielkość człowieka polega na tym, że idzie za głosem swojego sumienia – zwracał uwagę metropolita krakowski.

Za kard. Wojtyłą abp Jędraszewski zwrócił uwagę na trzy ludzkie popędy – seksualny, samozachowawczy i rozrodczy. - Chodzi o to, żeby te dynamizmy nie działały w nas w sposób ślepy, czysto instynktowny, ale żeby były podporządkowane sumieniu i temu, co ono podpowiada, jak te popędy wykorzystać (…). Chodzi o to, żeby tym dynamizmom tkwiącym w naszej cielesności nadać jakąś wyższą, prawdziwie ludzką treść” – mówił hierarcha i dodawał, że naturalne pragnienie do bycia rodzicem – matką i ojcem – jest absolutnie zrozumiałe, ale można je ukierunkować np. w stronę adopcji.

- Szczęście jest darem, a nie prawem – mówiła pani Maria, która zabrała głos jako pierwsza w części pytań na żywo. Odnosząc się do sytuacji małżonków, którzy zmagają się z problemem niepłodności zwróciła uwagę, że „to, że my w czymś nie widzimy sensu, nie znaczy, że to sensu nie ma, bo każdemu zdarzeniu sensu nadaje Pan Bóg”. - To, że każdy z nas chce być szczęśliwy, to jest oczywiste. Ale prawdą jest także i to, że za wszelką ceną do szczęścia nie można dążyć. Zawsze trzeba zapytać, czy to, co jawi mi się jako szczęście, a wcale nie jest pewne, że szczęściem będzie, nie jest równocześnie powodem krzywdy dla drugiego człowieka. Na pewno nie wolno nam krzywdzić drugiego człowieka, bo to wynika z przykazania miłości – komentował abp Jędraszewski

Na pytanie o tzw. adopcję prenatalną, czyli możliwość przyjmowania zarodków przechowywanych w bankach embrionów abp Jędraszewski przyznał, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi i że nie dają jej też współczesne dyskusje teologiczne.

Co powiedzieć ludziom, którzy zreflektowali się, że obok ich narodzonego dziecka są jeszcze inne, które zmarły w trakcie procedury in vitro, albo są jeszcze zamrożone? – pytała pani Weronika. - Otworzyć się na Boże miłosierdzie. Umieć nazwać zło, które się stało złem i za nie żałować – odpowiadał abp Jędraszewski i radził, aby tacy rodzice stawali się świadkami własnych doświadczeń, mówili o tym problemie, przestrzegali przed nim innych i bronili dla ich dobra. Metropolita apelował, aby stawać przy takich osobach, okazywać im szacunek, modlić się z nimi, ale nie mówić, że to nie jest problem. - Kłamstwo nigdy nie wyzwala.

Prawda wyzwala. I to nie prawda abstrakcyjna, ale prawda, którą jest Chrystus. On wyzwala. On mówi: nie grzesz więcej, nie wracaj do tego grzechu, pomagaj innym, bądź solidarny w dobrym – podkreślał hierarcha. Abp Jędraszewski zaznaczył także, że mówienie o tym, iż in vitro jest metodą leczenia niepłodności to kłamstwo. - To jakby bajpas – obchodzi się problem możliwości poczęcia w sposób sztuczny, techniczny (…). Niepłodność pozostaje – podkreślał hierarcha zwracając uwagę na sposób leczenia niepłodności, który jest ciągle mało popularny, a niebudzący zastrzeżeń moralnych i zgodny z naturą człowieka, czyli naprotechnologię.

Dziś medycyna nie dysponuje możliwością przygotowania w czasie procedury in vitro tylko jednego zarodka, bez „produkcji” nadliczbowych embrionów. Ale nie można wykluczyć, że kiedyś tak się stanie. Jakich argumentów używać wówczas? – padło kolejne pytanie. - Chrześcijaństwo zawsze będzie musiało mówić to, co zostało wyrażone także w encyklice Humanae vitae jako przejaw głębokiego namysłu nad prawdą o człowieku wynikającą z objawienia i z tradycji, że życie małżeńskie jest błogosławione przez Boga, a to zakłada, że Pan Bóg błogosławi ludzkiej miłości kobiety i mężczyzny i błogosławi potomstwu, które jest owocem tej miłości. Kto to przyjmie – przyjmie, kto odrzuci – odrzuci. Ale chrześcijanie muszą być gotowi, aby tej prawdy bronić jednoznacznie, do końca – odpowiadał abp Jędraszewski.

Na pytanie br. Augustyna o wskazówki dla duszpasterzy, którzy spotykają się z osobami poczętymi in vitro, albo rodzicami, którzy zdecydowali się na tę metodę abp Jędraszewski odwołał się do nauczania Jana Pawła II. Praktycznie we wszystkich papieskich dokumentach i wystąpieniach widoczny jest ten sam schemat: Pan Bóg, godność osoby ludzkiej, rodzina, naród. Metropolita krakowski zwrócił uwagę, że jeśli Pan Bóg jest fundamentem, to człowiek w Nim odnajduje fundament swojej osobistej godności i chce żyć tak, aby zasłużyć na Jego błogosławieństwo w życiu małżeńskim i rodzinnym. A dzięki temu na koniec tworzy się zdrowy naród. - Ale jeśli pęka fundament, to wszystko inne zaczyna tracić swój sens, zaczyna się chaos i nieszczęścia – mówił hierarcha i dodawał, że różnego rodzaju nakazy i zakazy stawiane przez Pana Boga nie są po to, aby pokazał swoją władzę wobec nas, ale są wyrazem Jego ojcowskiej miłości. - To wszystko jest dla naszego dobra, byśmy byli - na miarę możliwości życia w tym świecie – szczęśliwymi – zakończył abp Jędraszewski.

„Dialogi” to cykl tematycznych spotkań abp. Marka Jędraszewskiego z wiernymi, ale także ze wszystkimi zainteresowanymi. To okazja do rozwiania wątpliwości i lepszego poznania Kościoła oraz jego Pasterza. Spotkania rozpoczynają się od sondy ulicznej na wybrany w danym miesiącu temat, a następnie metropolita odpowiada na pytania – zarówno te, które zostały wcześniej nadesłane i te, które zadawane są na bieżąco. 14 listopada o godz. 20.15 w Kolegiacie św. Anny w Krakowie odbędą się kolejne „Dialogi” na temat: „Piękno seksualności. Porozmawiajmy o wielkim darze”. Szczegóły na stronie dialogi.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem