Reklama

Niedziela Wrocławska

Abp Kupny: człowiek chce dziś decydować o tym, co jest dobre a co złe

Człowiekowi wydaje się, że może wszystko, nawet zmieniać Boże przykazania – mówił abp Kupny w kościele pw. św. Filomeny w podwrocławskich Gniechowicach, podczas Eucharystii, w czasie której hierarcha podniósł XV-wieczny kościół ku czci świętej do rangi sanktuarium. To jedyna parafia w Polsce, której patronuje św. Filomena.

[ TEMATY ]

abp Józef Kupny

Anna Majowicz

W homilii pasterz Kościoła wrocławskiego zwrócił uwagę, że Chrystus nauczając o królestwie Bożym bardzo często przywoływał obraz ziarna posianego w ziemi. Dodał, że to nauczanie jest bardzo potrzebne także w XXI wieku – w czasach, kiedy człowiek chce być silny wobec tego, co go w życiu spotyka. – Czasem patrzymy na swoje życie i uświadamiamy sobie, że jest ono chaotyczne, kompletnie porozbijane. Wiele razy mamy ochotę Panu Bogu powiedzieć: „Panie Boże ja już nie mam siły, żeby to uporządkować, nawet nie wiem jak to zrobić” – mówił metropolita wrocławski, tłumacząc, że w takich chwilach łatwo o zniechęcenie, załamanie się i poddanie. – Wówczas ten tekst Pisma Świętego mówi nam, że tak naprawdę nie chodzi o to, czy my mamy siłę, tylko czy wierzymy, że siła jest w Bożym Słowie i w Eucharystii – zaznaczył abp Kupny.

Zobacz zdjęcia: Jedyne takie sanktuarium w Polsce!

Hierarcha podkreślił, że z taką właśnie świadomością żyła św. Filomena. – Warto zwrócić uwagę na ogromne doświadczenie wiary, jakiemu została ona poddana – mówił ksiądz arcybiskup. – Żyła za czasów cesarza Dioklecjana. A kiedy historycy Kościoła mówią o tym władcy, zwracają uwagę, że upatrywał on siły swojego państwa w pogańskim charakterze. Wydał dekret nakazujący zburzenie świątyń chrześcijańskich i spalenie świętych ksiąg oraz pozbawienie stanowisk chrześcijan sprawujących funkcje publiczne. Chrześcijan zmuszano do składania ofiar bóstwom pogańskim i likwidowano kościoły, więziono kapłanów. W pewnym momencie wydano także postanowienie, że wszyscy, którzy wyrzekną się chrześcijaństwa, zostaną uwolnieni. Opornym groziły tortury – tłumaczył abp Kupny, dopowiadając, że bezwzględność cesarza dosięgła Filomenę, kiedy ta nie zgodziła się zostać jego żoną. – Najpierw została ubiczowana, by podzielić los Jezusa, o którego cesarz miał być zazdrosny. Następnie z przypiętą kotwicą wrzucono ją do Tybru, a potem ścięto mieczem – przywoływał żywot świętej ksiądz arcybiskup. Wyjaśnił zebranym, że nie chce pokazywać ogromu cierpienia, jaki zniosła patronka nowego sanktuarium, ale chce zwrócić uwagę, że przed męczeńską śmiercią została ona postawiona przed ogromną pokusą zdrady Boga i zdrady wartości, które ślubowała. – Postawiono ją przed wyborem i mówiono: odejdź od Jezusa, bo zginiesz, a możesz żyć. Skąd ta młoda dziewczyna miała siłę by wybrać Boga? – pytał abp Kupny i odpowiedział: – Miała coś, czego współczesnym chrześcijanom bardzo brakuje: wiarę w moc Bożego Słowa i moc Świętych Sakramentów. Jeśli dziś mówi się, że ludzie tak łatwo zdradzają to, co ślubowali, odchodzą od wiary, nie są w stanie stawić czoła pokusom, którym zostają poddani, to nie jest jedynie wynik ich ludzkiej słabości. To przede wszystkim efekt tego, że zanika w nas wiara w to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Reklama

Jako przykłady metropolita wrocławski przywołał życiorysy pierwszych męczenników, którzy – jak mówił – doskonale wyczuwali, że w tym, co otrzymywali od Boga, jest siła, jest potencjał. – Wiedzieli, że jak jesteś związany z Jezusem Chrystusem, to masz w sobie taką wolność, której ci nikt nie zabierze i masz w sobie takie zwycięstwo, którego cię nikt nie jest w stanie pozbawić. Ale ta siła nie brała się z nich. Oni wiedzieli, że w tym, co dostali od Boga jest łaska i siła, jest potencjał. I dziś musimy to sobie wyraźnie powiedzieć, że w słowie Bożym jest siła, która może przemienić nasze życie. W Eucharystii jest ogromna moc. W naszej wspólnocie zgromadzonej tu wokół ołtarza jest siła i moc – przekonywał abp Kupny.

Na zakończenie pasterz Kościoła wrocławskiego wyraził przekonanie, że nowe sanktuarium będzie miejscem, gdzie sieje się słowo Boże i gdzie budzi się wiarę w jego moc. – Tej wiary dziś nam potrzeba może bardziej niż kiedyś, bo dziś próbuje się promować wiarę w moc człowieka – mówił, dodając: – Człowiek chce dziś decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Jakby poczuł, że może zrzucić Boga z miejsca, które się jemu należy. Potrzebujemy takiej świętej jak Filomena, by przypominała nam, że ziarno ma siłę, ma potencjał wystarczy je posiać w swoim sercu. Niech to Sanktuarium będzie nie tylko miejscem, do którego przychodzimy z naszymi prośbami, ale niech również będzie miejscem, w którym będziemy się uczyli od św. Filomeny wierności Bogu, naszym zobowiązaniom wynikającym z naszej wiary i powołania życiowego oraz niech będzie miejscem naszego wzrostu duchowego i świętości.

2019-08-10 20:58

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Czy Wrocław jest gotowy?

Niedziela Ogólnopolska 50/2019, str. 38-39

[ TEMATY ]

abp Józef Kupny

Agnieszka Bugała

Abp Józef Kupny, metropolita wrocławski

Zegar tyka. Kilkanaście tysięcy młodych ludzi z 70 krajów przyjedzie do Wrocławia 28 grudnia br. Na początku miesiąca organizatorzy podali, że brakuje im 9725 miejsc. Czy Miasto Spotkań jest gotowe na przyjęcie gości?

Wciąż szukamy osób, które byłyby gotowe przyjąć pielgrzymów w swoich domach. Potrzebujemy każdego z was – ludzi dobrej woli, potrzebujemy waszej gościnności i otwartości – prosi brat Wojciech Jerie z ekumenicznej Wspólnoty Taizé, rodowity wrocławianin. Bracia rozwiewają obawy – młodzi pielgrzymi nie zajmą dużo miejsca i nie będą uciążliwi. – Nie trzeba przygotowywać dla nich pościeli ani wygodnego łóżka. Naprawdę wystarczą mały kąt i skromne śniadanie. Młodzi mają śpiwory i karimaty – zapewniają. – Będą wstawać wcześnie i właśnie po śniadaniu podanym w domu wyruszą na całodzienny cykl spotkań przygotowanych przez organizatorów.

Pielgrzymi przyjadą do parafii 28 grudnia. Śniadanie trzeba przygotować 29, 30, 31 grudnia i 1 stycznia. W tym dniu też – taki jest zwyczaj wypracowany przez lata – gospodarze podejmują swojego gościa pielgrzyma obiadem. Potem pielgrzym wyrusza w podróż do swojego kraju.

Wrocław już po raz trzeci jest gospodarzem spotkania – poprzednie odbyły się w 1989 i 1995 r. – i bez wątpienia ma ogromne doświadczenie w przygotowywaniu gościny. Wydaje się jednak, że tym razem machina działa zbyt wolno. Być może jesteśmy ostrożniejsi w otwieraniu domów albo trudniej nam zrezygnować z własnej wy-gody, z planów sylwestrowo-noworocznych. Być może obawę budzi bariera językowa. Organizatorzy podkreślają, że brak znajomości języków naprawdę nie jest przeszkodą, wystarczą uśmiech i życzliwość – miejsce do snu i stół ze śniadaniem można przecież wskazać palcem. Dla odważniejszych gospodarzy pomocą może być własny telefon z tłumaczem. Można też wyjść z domu i dołączyć do modlących się pielgrzymów. – Na nasze spotkania zaproszeni są wszyscy, nie mają znaczenia przekonania religijne, pochodzenie czy język. Biorący w nich udział pokonują nieraz tysiące kilometrów po to, aby spotkać ludzi z innych kultur, poznać ich zwyczaje, ale także aby wspólnie przeżywać ciszę, która staje się wspólnym językiem, zbliża i sprawia, że łatwiej jest nam pokonywać różnego rodzaju bariery – podkreślają organizatorzy.

Europejskie Spotkanie Młodych odbędzie się w czasie oktawy Bożego Narodzenia – nasza gościnność ma szansę wyrazić się, realnie, w otwarciu na oścież drzwi Chrystusowi obecnemu w drugim człowieku, w pielgrzymie. Betlejem trwa, Jezus wciąż chce się rodzić, a Józef i Maryja szukają miejsca...

Abp Józef Kupny, metropolita wrocławski:

Kiedy na zakończenie Europejskiego Spotkania Młodych w Madrycie ogłoszono, że miejscem kolejnego etapu Pielgrzymki Zaufania przez Ziemię będzie Wrocław, zwracałem uwagę, że gospodarz musi mieć do zaoferowania coś więcej niż tylko miejsca noclegowe czy odpowiednie warunki do przeprowadzenia tak wielkiego wydarzenia. Miałem wówczas świadomość, że przygotowanie powinno iść dwutorowo. Pierwszym i najważniejszym elementem jest przygotowanie duchowe. Święty Jan Paweł II mówił, że do Taizé przybywa się jak do źródła. Przez ostatnie 12 miesięcy staraliśmy się zatem zrobić wszystko, by to źródło, którym jest Ewangelia, wystrzeliło właśnie we Wrocławiu. Organizowaliśmy spotkania modlitewne w kilkudziesięciu parafiach, rekolekcje i warsztaty z tą myślą, że młodzi, którzy przyjadą do stolicy Dolnego Śląska, będą chcieli spotkać tutaj ludzi żyjących Bogiem, wybierających miłość i promieniujących bezgraniczną dobrocią. Wiedzieliśmy, że aby to zapewnić, musimy odnowić w sobie życie słowem Bożym. To przygotowanie wciąż trwa.
Równolegle toczą się prace nad zapewnieniem jak najlepszych warunków do przyjęcia kilkudziesięciu tysięcy pielgrzymów. Koordynują je bracia z Taizé, których od kilku miesięcy gościmy we Wrocławiu. Ściśle współpracują oni z oddelegowanymi do tego zadania przedstawicielami Urzędu Miasta i Kurii Archidiecezjalnej. Rozpoczęliśmy od spotkań z księżmi proboszczami i wikariuszami, by następnie za ich pośrednictwem trafić do konkretnych wspólnot parafialnych. Bracia z Taizé oraz wolontariusze w czasie niedzielnych Mszy św. informują wiernych zarówno o przebiegu ESM, jak i o możliwych sposobach przyłączenia się do jego organizacji. Ponad 120 parafii zadeklarowało gotowość ugoszczenia młodzieży z całej Europy, która zawita do naszego miasta, a przedstawiciele scholek i chórów parafialnych biorą udział w warsztatach muzycznych, by doskonalić swoje umiejętności w przygotowaniu i prowadzeniu modlitwy ze śpiewami z Taizé.
Kiedy myślę o tych przygotowaniach, przypominają mi się słowa św. Jana Pawła II, który przekonywał, że dając coś drugiemu człowiekowi, w rzeczywistości sami bardzo dużo otrzymujemy. Już dostrzegam, jak przygotowania do ESM ożywiły nasze parafie, zainspirowały do nowych inicjatyw, zjednoczyły wiele wspólnot i grup. Wierzę, że to jest coś, co jako Kościół wrocławski już otrzymujemy od wspólnoty z Taizé, i mam nadzieję, że w czasie ostatnich dni grudnia będzie można doświadczyć we Wrocławiu powiewu Ducha Świętego. Zapraszam do Wrocławia!

CZYTAJ DALEJ

Zawsze można czynić dobro!

Niedziela Ogólnopolska 23/2017, str. 44-45

[ TEMATY ]

ludzie

Krzysztof Tadej

Zofia Posmysz

Zofia Posmysz w czasie II wojny światowej była więziona w trzech obozach koncentracyjnych. 30 maja 1942 r. trafiła do obozu Auschwitz-Birkenau. Przeżyła tam 964 dni. Każdego dnia doświadczała głodu, cierpienia i zagrożenia pozbawienia życia. 18 stycznia 1945 r. została przewieziona do obozu w Ravensbrück, później – do obozu Neustadt-Glewe. Po wojnie ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała m.in. w Polskim Radiu, współtworzyła słynne słuchowisko radiowe „W Jezioranach”. Autorka książek, m.in.: „Wakacje nad Adriatykiem”, „Do wolności, do śmierci, do życia”, „Chrystus oświęcimski”, „Pasażerka”. Na podstawie tej ostatniej został zrealizowany film o tym samym tytule, w reż. Andrzeja Munka i Witolda Lesiewicza.
Z Zofią Posmysz rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – W Auschwitz widziała Pani piekło na ziemi. Zabijanie ludzi, bicie więźniów, upokarzanie. Nie zniechęciła się Pani wówczas do ludzi?

ZOFIA POSMYSZ: – Nie, dlatego że widziałam nie tylko to przerażające zło. Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam katów – bili bez opamiętania, do krwi i do chwili, kiedy człowiek przestawał się ruszać. Wyżywali się. Zabijali. Ale oprócz osób o takich zachowaniach byli też ludzie, którzy czynili dobro, pomagali.

– Gdy zachorowała Pani na tyfus...

– W czasie tej choroby miałam ponad 40 stopni gorączki. Leżałam wycieńczona w bloku dla chorych, na górnej pryczy. Traciłam świadomość. Nie miałam siły, żeby wstać. I wtedy jedna z dziewczyn, prostytutka, zaczęła przynosić mi z kuchni napoje – herbatę, wodę. A było to bardzo niebezpieczne. Gdyby Niemcy się zorientowali, że coś wynosi, to zostałaby dotkliwie ukarana. Dlaczego to robiła? Dlaczego się narażała? Może dlatego, że wcześniej normalnie ją traktowałam, a inne dziewczyny z baraku pogardzały nią i dawały jej odczuć, że jest osobą drugiej kategorii...

– Przeżyła obóz?

– Nie wiem. Nigdy jej już nie spotkałam. Podam inny przykład. W obozie nie można było mieć medalika, książeczki do modlitwy i, oczywiście, różańca. Kiedyś w czasie deszczowej pogody, gdy maszerowałyśmy główną obozową drogą, w błocie zobaczyłam coś białego. Pochyliłam się i szybko podniosłam. Okazało się, że to różaniec. W baraku go wymyłam. Tam też miałam górną pryczę, więc po modlitwie chowałam różaniec w szparach dachu. Ale kiedyś, gdy pracowałam w kuchni, w nocy, postanowiłam zabrać go ze sobą. Pracowałam tam przy kotle i przyrządzałyśmy z koleżankami kawę na śniadanie. Tak mówiono, choć ta brązowa woda niewiele z kawą miała wspólnego. I kiedy modliłam się z różańcem w ręku, usłyszałam gwizd z jednego z kotłów. Był to sygnał, że należy szybko wygarnąć żar z paleniska, bo w przeciwnym razie kocioł może wybuchnąć. Różaniec położyłam na taborecie i szybko pobiegłam ratować kocioł. Ale gdy wróciłam, w tym miejscu stał już esesman i trzymał w ręce różaniec. „To twoje?” – spytał. Z drżeniem odpowiedziałam: „Tak”. Spojrzał na mnie dziwnie i znowu zapytał: „Jesteś katoliczką?”. Było mi w tym momencie już wszystko jedno. Odpowiedziałam: „Jestem katoliczką”. Esesman, trzymając ten różaniec, zaczął chodzić wokół kuchni. Ja stałam i czekałam. Myślałam, że to koniec.

– Groziła za to śmierć?

– To było jedno z najcięższych przestępstw. Nie skazywano na śmierć, ale kierowano do kompanii karnej. A tam na człowieka czekały praca ponad siły, bicie, kopanie, wrzaski, często zastrzyk z fenolu i śmierć.

– Co się później stało?

– Esesman wyciągnął do mnie rękę z różańcem i powiedział: „Masz!”. Zdębiałam. Nie zrozumiałam, dlaczego mi go oddaje. I z tego zaskoczenia spytałam: „Dlaczego?”. Odpowiedział krótko: „Moi rodzice też są katolikami”. I szybko dodał: „Schowaj to, żeby nikt cię z tym nie złapał”. Byłam ocalona. Potem dowiedziałam się, że był to Węgier, który służył w SS.

– To przykład, że bez względu na sytuację można pozostać dobrym człowiekiem.

– Zawsze można czynić dobro, bez względu na miejsce i okoliczności. Można było być w tym niemieckim mundurze i nie być mordercą. Naszych prześladowców podzieliłam na trzy grupy. Pierwsza grupa to mordercy. Katowali więźniów bez opamiętania. To sadyści, którzy czerpali przyjemność z bicia, poniżania, upadlania człowieka. Drugą grupę stanowili ci, którzy ściśle trzymali się regulaminu. Jak coś było nie tak, to pisali raporty i nas karano. A trzecia – to ci, którzy, gdy widzieli przekroczenie regulaminu, odwracali głowę i nie chcieli tego dostrzec.

– W ten sposób ratowali ludzi.

– Nie wszyscy chcieli robić to, czego od nich oczekiwano. Tacy ludzie byli normalni, z porządnych, normalnych domów. Widząc ich zachowania, utwierdziłam się w przekonaniu, że człowiek może być dobry.

– A nie straciła Pani wiary w obozie, gdy widziała Pani śmierć koleżanek, gdy czuła swąd palonych ciał? Nie zadawała Pani pytań: „Boże, gdzie jesteś?”...

– Nie, wręcz przeciwnie. Gdyby nie wiara, to bym nie przetrwała. To zasługa księdza katechety z kościoła św. Floriana w Krakowie. Przed wybuchem wojny przychodził do nas do szkoły powszechnej. Pod koniec roku szkolnego powiedział: „Słuchajcie, dziewczynki, chcę wam zaproponować, żebyście w piątki przez 9 miesięcy przystępowały do spowiedzi, uczestniczyły we Mszy św. i przyjmowały Komunię św.”. Byłam śmiałym dzieckiem, więc spytałam: „Dlaczego?”. A to dlatego, moje dziecko, że jak tak uczynisz przez 9 pierwszych piątków miesiąca, to nie umrzesz bez sakramentów” – odpowiedział. I tak zrobiłam, jak powiedział katecheta. Ale później zapomniałam o tej obietnicy. Przypomniałam ją sobie dopiero w obozie, gdy zobaczyłam kobietę na drutach. Popełniła samobójstwo. Druty były pod napięciem i jak ktoś nie wytrzymywał psychicznie, to się na nie rzucał. Zobaczyłam trupa i mnie olśniło. Przecież nie umrę, bo w obozie nie ma możliwości przyjmowania sakramentów! W najcięższych chwilach, gdy miałam gorączkę ponad 40 stopni, gdy majaczyłam i gdy odzyskiwałam przytomność, mówiłam do siebie: „Ksiądz katecheta powiedział o obietnicy, że nie umrę bez sakramentu!”. Człowiek chwytał się takich iskier nadziei i to mi niewątpliwie pomogło.

– Dużo się Pani modliła w obozie?

– Bardzo dużo, np. wieczorem. Kładłam się na pryczy i tak długo się modliłam, aż mnie sen zmorzył. Ale nie tylko ja. Polki się modliły, śpiewały pieśni religijne.
Pamiętam taką sytuację. Kiedyś stałyśmy bardzo długo przed blokami na placu apelowym. Działo się tak w te dni, gdy nie było transportów kolejowych z ludźmi przeznaczonymi do zagazowania.

– To znaczy?

– Mówię o transportach, które wjeżdżały wprost na rampę. Po zatrzymaniu pociągu zaczynały się dziać dantejskie sceny. Ludzie nie chcieli wysiadać. Wcześniej słyszeli, co może ich spotkać w Auschwitz. Niemcy wyrzucali ich z wagonów, niektórych zabijali. Na tych, którzy już wyszli, spuszczano psy. I gdy ludzi zapędzono do komór gazowych, wpuszczano gaz i ich duszono. Potem ciała były palone. My o tym, oczywiście, wiedziałyśmy. Nasze bloki były bardzo blisko krematorium. Nieraz Niemcy palili tyle ciał, że widziałam płomień wydobywający się z ogromnego komina. W powietrzu czuło się niesamowity smród. W Auschwitz był wilgotny klimat, często była mgła i ta mgła przemieszana z dymem cuchnęła...

– Powróćmy do tej sytuacji na placu apelowym, gdy długo stała Pani z koleżankami...

– To był jeden z tych dni, gdy nie było transportu na rampę. Esesmani wybierali wówczas osoby słabe i takie, które źle wyglądały. Stałyśmy na placu i w pewnym momencie usłyszałyśmy straszliwe krzyki. Niemcy zaczęli selekcję od bloku żydowskiego. Stamtąd wyciągali kobiety do komory gazowej. Wśród tych krzyków, jęków i wycia jedna z naszych koleżanek zaczęła cichutko śpiewać:

„Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud”.

Po chwili druga koleżanka, potem trzecia i kolejne przyłączyły się do tego śpiewu. Cichutko brzmiały słowa:

„Przemień, o Jezu, smutny ten czas,
O Jezu, pociesz nas”.

I nagle słyszymy, jak esesman pyta blokowej: „Co one śpiewają?!”. Nastąpiła cisza. Ona struchlała i drżącym głosem odpowiedziała: „Modlą się”. Wybuchnął śmiechem i powiedział słowa, które zawsze będę pamiętała: „Modlą się za tamte?”. I zrobił ruch ręką w stronę, skąd dochodziły krzyki. I dodał: „Niech modlą się za siebie. Dzisiaj Żydzi, a jutro wy!”. Wtedy zrozumiałam, że nasze życie to tylko oczekiwanie na śmierć.

– Czy po takich słowach w Pani sercu pojawiła się nienawiść do Niemców?

– Myślałam raczej o tym, czy jeszcze będę żyła. Nienawiść nic by nie pomogła, tylko przyspieszyłaby koniec. Nienawiść pogrąża człowieka w bezsilności i beznadziei. Dzięki modlitwie i wierze była we mnie iskierka nadziei.

– Czy miała Pani przeczucie, że przeżyje i będzie opowiadała o tym, co się stało?

– Nie. Po zakończeniu wojny nie sądziłam, że dożyję takiego wieku. Mam przecież już 93 lata! To przekraczało moje wyobrażenia. Ale póki żyję, robię to, co mi dyktuje poczucie obowiązku – przekazuję pamięć o tym, co było w Auschwitz. Współpracuję np. z Muzeum Auschwitz i z innymi organizacjami. Wiele lat później znalazłam potwierdzenie tej mojej postawy w wierszu Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”:

„Ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo”.

CZYTAJ DALEJ

Hiszpania: biskupi zaniepokojeni dążeniem rządu do legalizacji eutanazji

2020-01-29 21:44

[ TEMATY ]

Hiszpania

eutanazja

Fotolia.com/ Steve

Hiszpańska Konferencja Biskupia wyraziła obawy w związku z zapowiedzianymi przez rząd Pedra Sancheza działaniami na rzecz legalizacji eutanazji w Hiszpanii. Rzecznik prasowy episkopatu bp Luis Arguello oświadczył 29 stycznia, że niepokojące wydaje się już samo uzasadnianie przez władze konieczności zmiany przepisów istniejącym jakoby “zapotrzebowaniem społeczeństwa”. Biskup zaznaczył, że państwo powinno bronić życia swoich obywateli od początku do końca życia, a w przypadku osób cierpiących i chorych nieuleczalnie rozwiązaniem powinna być opieka paliatywna.

W piątek 24 stycznia rząd Pedra Sancheza, oparty na koalicji, złożonej z Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) i radykalnie lewicowego bloku Unidas Podemos (UP), przekazał do Kongresu Deputowanych – niższej izby parlamentu – projekt ustawy legalizującej eutanazję. Szefowa frakcji socjalistów w Kongresie Adriana Lastra wyjaśniła, że dokument ten jest pierwszą inicjatywą ustawodawczą zaprzysiężonego 14 stycznia drugiego gabinetu Sancheza. "Projekt ten jest dokumentem oczekiwanym przez wiele osób w Hiszpanii" – dodała posłanka.

Projekt nowych przepisów przewiduje, że eutanazja byłaby finansowana przez państwo i przeprowadzana zarówno w publicznych, jak i prywatnych placówkach służby zdrowia. Miałaby dotyczyć osób “przewlekle i nieuleczalnie chorych, których cierpienia nie można uśmierzyć”.

W środę 29 bm. dziennik “La Razón” zamieścił badanie, z którego wynika, iż w przypadku zatwierdzenia rządowego projektu przeprowadzenia eutanazji z powodu klauzuli sumienia odmówiłoby 37 proc. hiszpańskich lekarzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję