Reklama

Kościół

Narodzone dla nieba

Kiedy kolejni przyjaciele, znajomi czy krewni dzielą się radosną nowiną dotyczącą błogosławionego stanu, wy, droga mamo i drogi tato, spuszczacie wzrok, ocieracie ukradkiem łzę, bo nie doczekaliście narodzin swojego dziecka.

[ TEMATY ]

książka

życie

prolife

Materiał prasowy

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wam, rodzicom, towarzyszą tysiące pytań: dlaczego serce maluszka przestało bić, dlaczego akurat nas to spotkało, dlaczego doszło do poronienia? Zadaje je sobie każdy, kto doświadczył utraty nienarodzonego życia. Skoro Bóg chce naszego szczęścia, dlaczego w takim razie dopuszcza śmierć dziecka? To kwestie, od których nie można uciekać. Bez względu na to, czy jesteś człowiekiem głębokiej wiary, czy „letnim” katolikiem, a może osobą będącą daleko od Kościoła, masz prawo do ich podejmowania.

Żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co czuje matka, w której łonie obumiera dziecko. I nie ma znaczenia, na jakim etapie rozwoju zatrzymało się nowe życie. Ból jest jeszcze większy, gdy maleństwo jest już ukształtowane i trzeba wywołać poród. Czasami nawet w ósmym czy dziewiątym miesiącu ciąży.

Podziel się cytatem

***

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

„Nie ma stópki na tym świecie, która nie pozostawiłaby śladu”. Słowa, które przeczytałam na tablicy szpitalnego korytarza, na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Ze łzami w oczach patrzyłam na obrazek przedstawiający dziecięce buciki i widniejący obok napis. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego po kilku tygodniach ciąży, podczas rutynowego badania USG, usłyszałam, że serce naszego dziecka nie bije.

Cieszyliśmy się z mężem na wiadomość o rodzicielstwie, zwłaszcza że pragnęliśmy potomstwa od początku naszego małżeństwa. Modliliśmy się o nie jeszcze przed ślubem. Pół roku po powiedzeniu sobie sakramentalnego „tak”, byłam w błogosławionym stanie. Przeżywaliśmy nasz pierwszy Adwent ze świadomością, że pod moim sercem jest nowe życie.

Reklama

Radość nie trwała długo. Był koniec stycznia 2020 r. Jechałam sama samochodem. Padał śnieg z deszczem. Wpatrywałam się w spadające krople na szyby auta, ocierałam łzy i pytałam Boga: „Dlaczego?”, „Co dalej?”. Wyszłam właśnie z gabinetu lekarki, która patrząc z trwogą w ekran monitora USG, ze smutkiem powiedziała: „Serduszko nie bije”. Oniemiałam. Nie docierała do mnie informacja o tym, że ciąża jest obumarła. Nie byłam w stanie zadzwonić do męża. Weszłam do pobliskiej galerii i przechadzałam się między ludźmi. Nie wiedziałam, w którym kierunku iść. Choć miałam świadomość, że powinnam wrócić do auta i jednak wykonać telefon, nie zrobiłam tego. Chciałam być blisko męża i spojrzeć mu prosto w oczy podczas przekazywania tej wiadomości. Potrzebowałam przytulenia i wspólnego wypłakania się.

Żałobę przeżywaliśmy razem przez kilka tygodni. Ja w kobiecy, często pełen żalu sposób, mój mąż inaczej. Choć miał w sobie wielki smutek, był bardziej opanowany. Ukojenie bólu znajdowałam podczas modlitwy. Często płakałam w kościele lub na spacerach, gdy mijałam radosne matki z małymi dziećmi. Zastanawiałam się, dlaczego akurat my doświadczyliśmy poronienia. W rodzinnej wspólnocie formacyjnej, do której należymy od początku małżeństwa, byliśmy pierwszymi nowożeńcami przeżywającymi poronienie. Gdy inni z entuzjazmem dzielili się wiadomością, że ich rodzina się powiększy, a część koleżanek publikowała zdjęcia noworodków, ja wyłączałam powiadomienia na jednym z internetowych komunikatorów i ocierałam łzy.

W cierpieniu i swoistej bezradności, paradoksalnie, doświadczyłam ogromnej miłości Bożej. Tego dnia, kiedy znalazłam się w szpitalu, w sali pojawił się kapłan z pytaniem, czy chciałabym przyjąć Komunię Świętą. Nie zastanawiałam się ani chwili. Duchowny powiedział, że przyjdzie po odprawieniu Mszy św., której transmisję mogłam śledzić na ekranie znajdującego się w sali telewizora. Był to czas, kiedy otrzymałam już pierwszą dawkę leku wywołującego poronienie.

Reklama

Z każdą minutą czułam się coraz gorzej. Doznawałam różnych dolegliwości, których nigdy wcześniej nie doświadczyłam: bóle podbrzusza, wymioty, biegunka, dreszcze, rozpoczynające się krwawienie… Ledwo miałam siłę zejść z łóżka i dojść do znajdującej się obok łazienki. Przerażało mnie to, co będzie się działo ze mną po drugiej dawce tabletek.

Gdy po raz kolejny usłyszałam pukanie do drzwi, zobaczyłam w nich kapłana z Najświętszym Sakramentem. Przeszła mi przez głowę refleksja, że nie jestem w stanie przyjąć Eucharystii. „I jak?” – zapytał kapelan. „Słabo. Jak ksiądz widzi” – odpowiedziałam ledwo słyszalnym głosem, przykrywając się kołdrą. „Chce pani przystąpić do Komunii Świętej?”. Skinęłam głową.

Do szpitala wzięłam książkę opowiadającą o życiu francuskiej mistyczki i stygmatyczki, tercjarki franciszkańskiej i duchowej matki świeckich wspólnot, Marty Robin. Jej jedynym pokarmem w przeżywanym cierpieniu i przykuciu do łóżka przez ponad pięćdziesiąt lat były eucharystyczne postaci Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej. Lektura ta zaważyła o tym, że tamtego pamiętnego piątkowego popołudnia zdecydowałam się, mimo braku sił, przyjąć Komunię Świętą. Kapłan powolnym ruchem pobłogosławił mnie Najświętszym Sakramentem. Przypominając sobie ból cierpiącego podczas ukrzyżowania Chrystusa i rozdarte serce Maryi widzącej konającego Syna, ofiarowałam szpitalne cierpienie w intencji swojej i innych matek roniących właśnie dzieci. Z każdym kolejnym kwadransem dolegliwości ustępowały.

Reklama

Od dnia, w którym dowiedzieliśmy się o śmierci naszego nienarodzonego dziecka, znajomi, rodzina, księża i siostry zakonne szturmowali niebo. W bólu i cierpieniu doświadczyłam obecności niebieskich i ziemskich aniołów. Dostawaliśmy SMS-y z informacją, że modlą się nasi bliscy, a także dalsi znajomi. Duchowym wsparciem otaczały nas także siostry honoratki ze Zgromadzenia Małych Sióstr Niepokalanego Serca Maryi. Gronu wspaniałych przyjaciół pragnę szczególnie podziękować za wyrazy współczucia, modlitwę i rozmowy o bolesnym dla mnie i mojego męża przeżyciu, jakim była utrata rozwijającego się pod moim sercem dziecka.

Do dziś w naszej sypialni stoi przepiękny, kolorowy, oprawiony w złociste ramy rysunek Matki Bożej tulącej Dzieciątko. Dostaliśmy go od animatorów naszej wspólnoty, Asi i Grześka. Obok w małym flakoniku stoi cukrowa różyczka. To prezent od męża, otrzymany po powrocie ze szpitala. Ten domowy ołtarzyk jest dla mnie nie tylko przypomnieniem bolesnych wydarzeń i personifikacją pamięci o pierwszym dziecku, ale także miejscem symbolicznie domykającym przeżywaną kilka lat temu żałobę. Nie mieliśmy możliwości pochowania naszego maleństwa. Nie poznaliśmy też płci, ale intuicja mówiła mi, że będziemy mieć córeczkę. Kilka miesięcy później, podczas rekolekcji dla rodziców po stracie nienarodzonych dzieci, nadaliśmy jej imię.

Przeżywanie trudnych emocji było procesem. Choć nie brakowało łez i bólu, byliśmy pogodzeni z utratą maluszka od samego początku. Szybko nastał moment akceptacji tego wydarzenia. Życie toczyło się dalej. Wkrótce za pośrednictwem znajomego małżeństwa, które wiele lat starało się o poczęcie dziecka, otrzymaliśmy relikwie dzieci fatimskich – św. Hiacynty i św. Franciszka Marto – rodzeństwa, któremu objawiała się na portugalskim pastwisku Matka Boża. Modliliśmy się za ich wstawiennictwem o dar nowego życia. Dziś cieszymy się cudownymi skarbami, trzyletnim Franciszkiem i jego młodszą siostrą, półtoraroczną Hiacyntą.

Reklama

Tekst pochodzi z książki "Narodzone dla Nieba" autorstwa Magdaleny Kowalewskiej-Wojtak, wyd. Edycja Świętego Pawła.

Pierwsza część książki jest zbiorem świadectw rodziców utraconych, nienarodzonych dzieci. Znajdują się w niej także historie rodzin, w których upragnione potomstwo żyło kilka godzin czy kilkanaście tygodni. Ci, którzy przeżyli śmierć dziecka, dzielą się wspomnieniami związanymi z żałobą i trudnymi emocjami. Opowiadają także, w jaki sposób poradzili sobie w stanach rozpaczy czy towarzyszącego im smutku.

W drugiej części publikacji znalazły się wywiady z osobami towarzyszącymi rodzicom po stracie dziecka.

Spotkanie z autorką książki odbędzie się 5 grudnia o g. 20.00 w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP na warszawskich Bielanach

2024-12-03 19:40

Oceń: +8 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

100 tys. podpisów pod obywatelskim projektem zakazu aborcji eugenicznej

[ TEMATY ]

życie

aborcja

Bożena Sztajner

14 czerwca liczba podpisów poparcia dla obywatelskiego projektu ustawy chroniącej życie chorych dzieci od poczęcia przekroczyła 100 tys. - poinformowała Fundacja PRO-Prawo do życia. 2 lipca mają one zostać złożone w Sejmie. W październiku ub. roku Sejm odrzucił projekt nowelizacji ustawy antyaborcyjnej wniesiony przez Solidarną Polskę. Chodziło o wykreślenie z art. 4a w punkcie 1 ustępu 2, który pozwala na dokonanie aborcji, jeśli „badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”.
CZYTAJ DALEJ

Prof. Ambrosini: Papież nie boi się narażać na krytykę

2026-07-10 16:09

[ TEMATY ]

homilia

migracja

Papież Leon XIV

Lampedusa

@Vatican Media

Papież na nabrzeżu morskim na Lampedusie - tu przybijają łodzie z migrantami.

Papież na nabrzeżu morskim na Lampedusie - tu przybijają łodzie z migrantami.

Socjolog zajmujący się problematyką migracji, prof. Maurizio Ambrosini z Uniwersytetu w Mediolanie, komentuje wizytę Leona XIV na Lampedusie. W czasach, gdy zjawisko migracji sprowadzane jest do straszenia inwazją, Papież zwraca uwagę na dramaty ludzkie i zachęca do integracji oraz kompleksowej polityki wobec migrantów. Gdyby Papież nie wywoływał dyskusji, oznaczałoby to, że nie mówi nic istotnego, co miałoby realny wpływ na współczesną sytuację – wskazuje profesor.

Podczas wizyty na Lampedusie 4 lipca 2026 roku Leon XIV powiedział znaczące słowa o tym, jaką rolę Europa może odegrać w prawidłowym podejściu do zjawiska migracji. „Ze względu na swoje położenie geograficzne i kształt instytucjonalny – mówił Leon XIV w homilii - Europa jest w stanie, by na tym obszarze zmierzyć się z kryzysem w sposób całościowy: włączając pierwszą pomoc w długofalowy plan strategiczny, zdolny przyjmować, chronić, promować i integrować migrantów, a zarazem działając na rzecz rozwoju, aby nikt nie był zmuszony do emigracji.”
CZYTAJ DALEJ

W Polsce jest blisko pół tysiąca dziewic konsekrowanych. W której diecezji jest ich najwięcej?

2026-07-11 08:06

[ TEMATY ]

diecezja

pół tysiąca

dziewice

konsekrowane

Sebastian Dankiewicz

Dziewice konsekrowane mieszkają we własnych domach i pracują w różnych zawodach. Czasem ich współpracownicy nie wiedzą, że siedzą biurko w biurko z dziewicą konsekrowaną – powiedział PAP franciszkanin konwentualny o. Sebastian Bielski. W Polsce żyje obecnie 479 dziewic konsekrowanych.

Najwięcej dziewic konsekrowanych żyje w archidiecezji krakowskiej (60) i archidiecezji warszawskiej (49), najmniej w diecezji zamojsko-lubaczowskiej (1) i archidiecezji gnieźnieńskiej (1). Jedyną polską diecezją, w której nie ma obecnie żadnej dziewicy konsekrowanej, jest diecezja sosnowiecka.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję