Reklama

Kościół

Rodzina na misjach? To szaleństwo!

Kiedy podjęliśmy decyzję o rodzinnym wyjeździe na misje ewangelizacyjne, spotykaliśmy się z różnymi reakcjami. Jedni pytali, skąd taki pomysł, inni dyplomatycznie podkreślali, że każdy może żyć, jak chce, nieliczni zapewniali o wsparciu modlitewnym. Jednak najczęściej słyszeliśmy po prostu: „Rodzina na misjach? To czyste szaleństwo!”

Pragnienie posługi misyjnej zrodziło się we mnie przed wieloma laty, kiedy jako siedmioletni dzieciak o szczerbatym uśmiechu byłem na wystawie misyjnej ojców oblatów.

Afryka, murzyńskie dzieci i hakuna matata

Pamiętam, jak patrzyłem na drewniane figurki, bębny i kolorowe łańcuszki, które misjonarze przywieźli z odległych afrykańskich placówek, oraz na zdjęcia murzyńskich dzieci spoglądających smutno w obiektyw. Moje dziecięce serce było do głębi poruszone i to właśnie wtedy Bóg wlał w nie pragnienie wyjazdu na misje. Pragnienie, które na realizację musiało poczekać ponad dwadzieścia lat. Kiedy poznaliśmy się z Uleńką, otwarcie dzieliłem się moim marzeniem o wyjeździe misyjnym. Mój niecierpliwy zapał napotykał wtedy racjonalne obawy przyszłej małżonki. Oboje potrzebowaliśmy przemiany, choć żadne z nas jeszcze o tym nie wiedziało. Co jakiś czas marzenie o Afryce powracało. Byłem gotów natychmiast zostawić wszystko, by wyruszyć w podróż na Czarny Ląd. Kiedy pojawiły się dzieci, w moich wyobrażeniach zaczęła powstawać wizja wspólnego, rodzinnego wyjazdu. Przedziwnym zrządzeniem losu rozpocząłem nawet naukę języka suahili, a moim nauczycielem był brat Ayub, doskonale mówiący po polsku franciszkanin pochodzący z Kenii! Pierwszymi słowami, których się nauczyłem, było hakuna matata (nie martw się), rafiki (przyjaciel) oraz jumbo (cześć). W moim odczuciu wszystko powoli zmierzało we właściwym kierunku.

„A” jak Afryka i... Anglia

Reklama

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy Pan Bóg posłał nas na misje. Odbyło się to jednak zupełnie inaczej, niż bym się spodziewał. Były wakacje. Spełniły się właśnie moje dwa wielkie marzenia: rozpocząłem jako adiunkt pracę na uczelni oraz otrzymałem angaż jako dyrektor merytoryczny w prężnie rozwijającym się centrum psychoterapeutycznym. Ścieżki kariery – zarówno naukowej, jak i zawodowej – stały przede mną otworem. Mieliśmy już trójkę dzieci, wygodne mieszkanie w pięknej dzielnicy Krakowa. I właśnie wtedy, kiedy po ludzku wreszcie się „urządziliśmy”, Pan Bóg zaprosił nas, byśmy zostawili wszystko i wyruszyli na misje całą rodziną. Okazało się, że Uleńka, dla której wcześniej było to nie do pomyślenia, całkowicie zapałała pragnieniem wyjazdu, a ja, który czekałem na tę chwilę tak długo, musiałem porzucić swoją pracę i związane z nią marzenia, co nie było łatwe. Byliśmy posłuszni Bożemu wezwaniu. Zaczęliśmy więc rozeznawać na modlitwie, kiedy, na jak długo i dokąd mamy wyjechać. W ciągu kilku tygodni otrzymaliśmy bardzo precyzyjne odpowiedzi: za rok, na rok, do... Anglii. Nie była to wymarzona Afryka, choć też na literę „A”. Wypowiedziałem umowy zawodowe i rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu.

Rozeznanie

W tym miejscu przerwę na moment moją opowieść, by choć w kilku słowach odpowiedzieć na pytanie, z którym często się spotykamy, kiedy opowiadamy historię naszego podążania za wolą Bożą. Skąd wiedzieliśmy, dokąd mamy wyruszyć, w którym momencie i kiedy wrócić z misji? Rozeznanie zawsze jest rzeczywistością modlitewnego dialogu z Panem Bogiem. Jest proszeniem o wskazówki i czujnością, by je dostrzec we właściwym czasie. Uczciwe rozeznanie wymagało od nas również odsunięcia własnych przekonań i oczekiwań względem misyjnych wojaży. W moim przypadku polegało to na świadomym przejściu od: „Panie, gdzie chcesz nas mieć w Afryce?” do szczerego: „Panie, pojedziemy, dokądkolwiek nas poślesz!” i wymagało pewnego czasu. Absolutnie kluczowa w procesie rozeznania okazała się jedność małżeńska. Postanowiliśmy zastosować w naszym rozeznaniu zasadę Gwiazdy betlejemskiej. Na czym ona polega? Tradycja mówi, że mędrcy wyruszyli z trzech różnych miejsc świata, ale wiedzeni przez tę samą gwiazdę dotarli do Betlejem w oznaczonym czasie. Widzieli ten sam znak i każdy z nich doszedł do celu. My również zaczęliśmy z Uleńką rozeznawać osobno, przekonani, że jeśli na końcu tego czasu modlitwy okaże się, iż mamy dokładnie te same wnioski, będziemy mieli pewność, że to Duch Święty nas prowadził. Możecie sobie wyobrazić nasze zdumienie, kiedy po kilku tygodniach modlitwy podzieliliśmy się jej owocami i okazało się, że w 100 proc. jesteśmy zgodni co do czasu i miejsca naszego wyjazdu!

Varley Road, Birmingham

Po roku przygotowań, które w głównej mierze oznaczały duchowe przygotowanie do służby w Wielkiej Brytanii, wyjechaliśmy. Nim nasza stopa stanęła na angielskiej ziemi, po drodze głosiliśmy jeszcze słowo Boże w Niemczech, Luksemburgu i Francji. Wreszcie, po trzech tygodniach od wyjazdu z Krakowa, dotarliśmy do celu – do Birmingham, leżącego w centralnej części wyspy drugiego co do wielkości miasta w Anglii. Początki nie należały do łatwych. Przez niemal miesiąc borykaliśmy się z brakiem swojego kąta. Dzięki gościnności jednej z osób mieliśmy swój pokój w niewielkim mieszkaniu. Przyznacie jednak, że nie były to łatwe warunki dla pięcioosobowej rodziny. Kiedy rozkładaliśmy materace do spania, zajmowaliśmy dokładnie całą powierzchnię podłogi. Mogliśmy sobie pozwolić na wypakowanie tylko kilku walizek z najpotrzebniejszymi rzeczami. Pozostałe były piętrowo ułożone w bagażniku samochodu. Byliśmy jednak szczęśliwi. Byliśmy tam, gdzie Bóg chciał nas mieć, i mieliśmy pewność, że On zatroszczy się o wszystko. Był to jednocześnie czas próby, ponieważ wtedy po raz pierwszy doświadczyliśmy, co to znaczy „stracić” swoje życie z powodu Chrystusa (por. Mt 16, 25). Wreszcie, po sześciu tygodniach, dzięki łasce Bożej, zaparkowaliśmy samochód przy Varley Road, na podjeździe domu, w którym mieliśmy mieszkać przez kolejne miesiące. Bardzo się cieszyliśmy, a dzieci biegały po małym piętrowym domu, ustalając, kto gdzie będzie miał swoje miejsce do spania.

Everyday life na naszych misjach

Reklama

Podczas pobytu na misjach, jak już wiecie, nie zajmowaliśmy się wychudzonymi czarnoskórymi dziećmi, nie podróżowaliśmy dżipem od wioski do wioski, nie budowaliśmy szkół ani nie kopaliśmy studni. Co więc robiliśmy? Jak wyglądały nasza posługa i codzienne życie? Otóż bardzo szybko się okazało, że wielu Polaków żyjących w Anglii znalazło się na obczyźnie z powodu różnych trudnych historii, przed którymi uciekli z kraju. Prawie codziennie spotykaliśmy się z przejmującymi historiami i cierpieniem ludzi, którzy szukali umocnienia i wsparcia. Ponieważ uczyniliśmy nasz dom „domem otwartym”, niemal każdego, dnia, rano lub wieczorem, ktoś przychodził, by porozmawiać, prosić o modlitwę i pomoc w zrozumieniu własnej historii życia. Te spotkania pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Niezliczone ilości razy doświadczaliśmy, jak Bóg przychodzi z pocieszeniem, uzdrowieniem i umocnieniem do tych, których życie było złamane. Byliśmy świadkami głębokich i trwałych przemian osób, które jeszcze kilka godzin wcześniej nie widziały sensu swojego życia. To nie my byliśmy sprawcami tych cudów, ale Chrystus Zmartwychwstały, którego oni spotykali w domku przy Varley Road. Po jakimś czasie obok indywidualnych spotkań zaczęliśmy coraz częściej głosić konferencje w różnych parafiach, wobec różnych polskich wspólnot. Jednak do samego końca to spotkania z pojedynczymi osobami i małżeństwami stanowiły główną przestrzeń naszej posługi ewangelizacyjnej i modlitewnej.

Smutki i radości

Uczciwość każe mi w tym miejscu powiedzieć, że nie obyło się również bez kryzysów, trudności i smutków. Za każdym razem Bóg był w nich z nami i głęboko wierzymy, że używał tych zdarzeń, by nas kształtować i wychowywać. Kto wie, być może były one również ceną, którą musieliśmy zapłacić za owocną posługę? Tak czy inaczej, bywało ciężko, gdy spotykaliśmy się z odrzuceniem, oszczerstwami i ludzką nieżyczliwością albo gdy doświadczyliśmy śmierci nienarodzonego dziecka, którego zaczęliśmy się spodziewać, gdy byliśmy w Anglii. Bywały też dni pełne niepewności finansowej, ponieważ żyliśmy wtedy tylko i wyłącznie z jałmużny. We wszystkich tych sytuacjach doświadczaliśmy, jak bardzo prawdziwa była zapowiedź Jezusa, który powiedział do swoich uczniów: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma” (Mt 19, 29). Bóg stawiał na naszej drodze wspaniałych ludzi, którzy okazywali nam wsparcie i otaczali swoją braterską miłością.

Ostatecznie trudy te przykryła radość z owoców posługi wobec innych oraz z tego, czego pobyt na misjach nauczył naszą rodzinę.

Co dalej?

Życie z Bogiem i podążanie za Jego wolą jest tym, co przemienia zwykłe życie w wielką przygodę. Po powrocie do Polski Pan zapragnął, byśmy skoncentrowali się na naszej rodzinie oraz na mojej posłudze wobec mężczyzn w naszym kraju. Na co dzień prowadzimy edukację rodzinną, co oznacza, że nasze dzieci nie chodzą do szkoły, ale sami uczymy je w domu. Angażuję się w prowadzenie wspólnoty dla mężczyzn Droga Odważnych (www.odwazni.pl) oraz w dzieła, które organizujemy jako wspólnota (np. w męskie ćwiczenia duchowe – Droga Lwa – www.drogalwa.pl). Tak jest dziś. A co przyniesie jutro – wie tylko Bóg. Jestem przekonany, że cokolwiek dla nas przygotował, będzie to wyrazem Jego wielkiej miłości do nas.

Życzę Ci, drogi Czytelniku, odwagi do pójścia za Jezusem, radości z szukania Jego woli i przeżycia niezwykłej przygody! „Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10).

2019-09-25 09:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rodzina – moje życie, moja pasja, moja siła…

Niedziela sosnowiecka 39/2019, str. 8

[ TEMATY ]

rodzina

odznaczenia

Archiwum rodzinne

Podczas uroczystości wręczenia Srebrnego Krzyża Zasługi

Podczas uroczystości wręczenia Srebrnego Krzyża Zasługi

Matka ośmiorga dzieci, doktor Harvardu, Catherine R. Pakaluk; matka jedenaściorga dzieci, absolwentka Uniwersytetu Kalifornijskiego, Pamela Di Lucca – to matki szczęśliwych wielodzietnych rodzin. Jednak nie trzeba szukać tak daleko, bo i w diecezji sosnowieckiej są takie matki i takie rodziny

Dziś jesteśmy z wizytą u p. Marii Krzysztoń, tegorocznej laureatki Srebrnego Krzyża Zasługi nadanego przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę. Pani Maria jest kochającą żoną, mamą i babcią. – Jak Bóg pozwoli, to za trzy lata wraz z mężem Zenonem obchodzić będziemy złoty jubileusz naszego małżeństwa, którego owocem jest siedmioro dzieci: Jarosław, Agata, Gabriel, Łukasz, Maksymilian, Dominik i Karolina – mówi wzruszona p. Maria. – A jak są dzieci, są i wnuki. – Jestem babcią całej trzydziestki – dodaje.

CZYTAJ DALEJ

PGE: Kompleks Turów będzie nadal pracować

2021-09-21 07:59

[ TEMATY ]

kopalnia

pl.wikipedia.org

Kopalnia Węgla Brunatnego Turów

Kopalnia Węgla Brunatnego Turów

Kopalnia Węgla Brunatnego Turów będzie dalej pracować; posiada niezbędne pozwolenia środowiskowe i ważną, legalnie wydaną koncesję, na podstawie której prowadzi wydobycie - ogłosiła Polska Grupa Energetyczna - właściciel kopalni i elektrowni Turów.

W poniedziałek ze względu na niezaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów, do czego TSUE zobowiązał Polskę w maju, Trybunał nałożył na Polskę 0,5 mln euro kary za każdy dzień kontynuowania pracy Turowa.

CZYTAJ DALEJ

Zielona Góra. Czterech nowych magistrów teologii

2021-09-21 18:27

[ TEMATY ]

teologia

Instytut Filozoficzno‑Teologiczny

ks. Piotr Bartoszek

W Instytucie Filozoficzno-Teologicznym im. św. Edyty Stein w Zielonej Górze 21 września odbyły się obrony prac magisterskich i egzaminy ex universa theologia.

Do egzaminów przystąpiło pięcioro studentów.– Wszyscy zdali z wynikami dobrymi i bardzo dobrymi – cieszy się ks. Piotr Bartoszek, dyrektor IFT.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję