Reklama

Niedziela Wrocławska

Religię zamienił w miłość

Wieść życie ukryte, jak Jezus w Nazarecie. Być ubogim pośród ubogich; być bratem dla wszystkich. Również dla muzułmanów na Saharze. Czerpać siły z Eucharystii i uczyć się miłości adorując Najświętszy Sakrament. Zachcianka francuskiego wicehrabiego? A może odpowiedź na pełne rozpaczy wołanie: „Boże mój, jeśli istniejesz, spraw, abym Cię poznał! ” 1 grudnia mija 93. rocznica męczeńskiej śmierci bł. Karola

Karol de Foucauld przychodzi na świat w Strasburgu w 1858 r. Sześć lat później, w krótkim czasie, traci rodziców i trafia pod opiekę „dziadków”. Po maturze przeprowadza się do Paryża, gdzie zostaje przyjęty do szkoły jezuitów, potem do Akademii Wojsk Lądowych. Jednak młodzieniec o szlacheckim pochodzeniu prowadzi życie dość swawolne, co nie podoba się przełożonym. Jest wyrzucany z kolejnych szkół, w końcu zostaje wydalony także z armii. Mocno zniechęcony dotychczasową egzystencją przypomina sobie ubogie ludy zamieszkujące północną Afrykę, które poznał w czasie ryzykownej podróży badawczej po Maroko, a także stacjonując z wojskiem w Algierii. Zachwycony prostotą życia, jak również ich gorliwą wiarą, zaczyna przywoływać Pana: „Boże mój, jeśli istniejesz spraw, abym Cię poznał!”. A Bóg nie każe mu długo czekać i w sakramencie pokuty daje poznać swoje miłosierdzie.

Zmiana reguł (y)

„Skoro tylko uwierzyłem, że jest Bóg, zrozumiałem, że nie mogę już żyć inaczej, jak jedynie dla Niego; moje powołanie zakonne zrodziło się w tej samej godzinie, co moja wiara” – pisze dwudziestoośmioletni neofita i swoje nieuporządkowane dotąd życie splata z zakonem o bardzo surowej regule – z trapistami. W nowicjacie prosi o możliwość zamieszkania w ubogim syryjskim klasztorze Matki Bożej Śnieżnej. Rozpoczyna studia teologiczne. Jednak asceza trapistów wciąż mu nie wystarcza. Karol pragnie życia w posłuszeństwie, czystości i ubóstwie, takiego, jakie przez 30 lat wiódł Pan Jezus w Nazarecie. Za zgodą przełożonych zakonu opuszcza Syrię, by zamieszkać przy nazaretańskim klasztorze klarysek i nająć się u nich na służbę. Jedyne co posiada, to narzędzia do pracy.

Kilka lat później, w duchu posłuszeństwa, Karol przyjmuje święcenia kapłańskie i dokładnie w 15. rocznicę swego nawrócenia, w Beni-Abbes w Algierii odprawia Prymicje. Decyduje się zostać w tym miejscu i dzielić swój los z Tuaregami (wyznawcami islamu). Uczy się ich języka i przekłada Ewangelię, ale nie ewangelizuje. Słowo Boże głosi swą pełną miłości postawą, a siłę czerpie z codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu, bo wierzy, że miłości do Boga rodzi się miłość do ludzi.

Reklama

Ale wojenna zawierucha trafia i na Saharę. 1 grudnia 1916 r. Karol umiera zastrzelony przez Senussów.

Kwiat pustyni

Błogosławiony Karol nie przysłużył się Kościołowi żadnym wiekopomnym dziełem. Przez wielu jest uważany za nieudacznika, bo miał mnóstwo pomysłów, ale właściwie niczego nie udało mu się doprowadzić do końca. Napisał regułę życia Małych Braci Jezusa, którą charakteryzuje kontemplacja w świecie i świadectwo życia konsekrowanego, przez braterstwo oraz pracę fizyczną. Lecz tak radykalnego sposobu dążenia do Boga, za jego życia, nie podjął nikt. A Karol marzył o braciach...

Potrzeba było czasu. Jego życie wydaje pierwsze owoce w postaci zgromadzenia Małych Braci (z br. René Voillaume na czele) dopiero 17 lat po śmierci. Później znajdują się i kobiety, które pragną żyć duchowością Karolową. Ich założycielką jest chorowita i krucha Mała Siostra Jezusa Magdalena Hutin.

Oba zgromadzenia są obecne w Polsce. A jak duchowość Karola de Foucauld zadomowiła się w archidiecezji wrocławskiej?

Nazaret we Wrocławiu

Niespełna sto lat po nawróceniu Karola młode małżeństwo z Wrocławia (wychowankowie ks. Zienkiewicza), szuka dla siebie miejsca w Kościele. Przyjaźnią się z siostrami z Częstochowy, których gościnność, prostota i radość życia zachwycają! Skąd w nich tyle miłości? O ich codziennej adoracji w maleńkiej kaplicy małżonkowie dowiadują się dużo później.

Doświadczenie przebywania w fizycznej bliskości z Bogiem jest im tak drogie, że zaczynają marzyć o domu dla wspólnoty rodzin, w którym byłaby kaplica z Najświętszym Sakramentem. O swoim pragnieniu opowiadają Małej Siostrze Jezusa Magdalenie Hutin, gdy ta odwiedza swe siostry zza „żelaznej kurtyny”. – Trzeba kupić duży dom! – słyszą radę założycielki zgromadzenia. Łatwo powiedzieć...

W międzyczasie nawiązuje się korespondencja małżeństwa z belgijskim Braterstwem Karolowym, czyli ze wspólnotą rodzin, które chcą żyć jak Święta Rodzina w Nazarecie – cicho, pokornie wykonywać codzienne prace, w stałej relacji z Bogiem i w przyjaźni z innymi ludźmi. Młodzi zostają przyjęci do Braterstwa i starają się krzewić je wśród swoich znajomych. Codziennie odmawiają Modlitwę Oddania Karola de Foucauld i Hymn do Ducha Świętego. Niekiedy udaje im się uczestniczyć w dorocznych, międzynarodowych spotkaniach Braterstwa.

Wspólnota ma status prywatnego stowarzyszenia wiernych w Kościele wrocławskim. Spotyka się do dziś. Formacja „Karolowców” polega na wspólnej modlitwie i rozważaniu pism Karola de Foucauld. Głównym zadaniem członków wspólnoty jest świadczenie czynem i gestem o miłości Boga do każdego człowieka. Niedaleko – w rodzinie, w miejscu pracy, w lokalnym sklepiku, wszędzie tam, gdzie przebywają.

Duży Dom także został we Wrocławiu zbudowany – dosłownie – przy ul. Jutrosińskiej – i w wymiarze duchowym. Mieszkają w nim Pan Jezus i rodziny starające się żyć tym samym, Karolowym charyzmatem. Uprzywilejowaną formą modlitwy wspólnoty Duży Dom jest adoracja Najświętszego Sakramentu, podarowanego jej 27 lat temu. Od tamtej pory niezachwianie w każdy czwartkowy wieczór członkowie klękają przed tabernakulum i kolejno trwają na całonocnej modlitwie. W praktyce adoracja dla chętnych (także spoza wspólnoty) trwa tu każdego dnia. Istotny jest również fakt, że mieszkańcy Domu pozostają w głębokiej łączności z parafią św. Antoniego na Karłowicach, a dbałość o kaplicę i rozwój duchowy nie powinien stać na przeszkodzie ich życiu rodzinnemu. Podobnie jest z wyborem pracy, która jest jedynie źródłem utrzymania i nie powinna burzyć wewnętrznego pokoju i równowagi rodziny.

Średnio co półtora roku zgromadzenia Małych Sióstr i Małych Braci Jezusa oraz członkowie Braterstwa, Karolowego Instytutu Świeckich, spotykają się w progach Dużego Domu, aby dzielić się radością powołania i wzajemnie ubogacać. Wszystkie te wspólnoty starają się trwać w modlitewnej łączności na co dzień; wszystkie starają się żyć ukrytym życiem kontemplacyjnym w świecie. Czy pozostawanie w wiernej relacji z Jezusem w codziennym, zwyczajnym życiu, to wystarczająca ścieżka do zbawienia? Rodziny Karolowe są o to spokojnie – patrzą na Karol de Foucauld, tą drogą doszedł do świętości, jest błogosławionym Kościoła.

* * *

Ojcze,
Powierzam się Tobie,
Uczyń ze mną co zechcesz.
Cokolwiek uczynisz ze mną dziękuję Ci.
Jestem gotów na wszystko,
Przyjmuję wszystko,
Aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich
Twoich stworzeniach.
Nie pragnę nic więcej mój Boże.
W Twoje ręce powierzam ducha mego,
Z całą miłością mojego serca.
Kocham Cię i miłość przynagla mnie, by oddać się całkowicie w Twoje ręce,
Z nieskończoną ufnością,
Bo Ty jesteś moim Ojcem.
br. Karol de Foucauld

2019-11-26 12:50

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Baranki u św. Agnieszki - jedna z najstarszych rzymskich tradycji

2020-01-22 07:32

[ TEMATY ]

tradycja

wspomnienie

pixabay.com

Kościół wspomina św. Agnieszkę, rzymską męczennicę, która zginęła za wiarę w 304 r. podczas prześladowań za panowania cesarza Dioklecjana. Nieprzerwanie od IV w. chrześcijanie w Rzymie przyprowadzają tego dnia na jej grób baranki. Z ich wełny utkane zostaną paliusze, które otrzymają w tym roku nowi arcybiskupi metropolici.

Od VII w. nad grobem św. Agnieszki wznosi się bazylika. To właśnie do niej dziś rano wprowadzone zostały dwa baranki. Jest to jedna z najstarszych rzymskich tradycji.

- Już od IV w. mówi się o obecności baranka na grobie Agnieszki. Baranka, który symbolizował czystość męczennicy. Umieszczano go nad katakumbami, gdzie była pogrzebana, aby wskazywał wiernym miejsce, gdzie znajduje się jej grób. Już od VI w. mówi się natomiast o błogosławieństwie baranków nad grobem męczennicy. I ta tradycja trwa do dzisiaj - powiedział Radiu Watykańskiemu rektor bazyliki ks. Franco Bergamin. - Co roku kapituła bazyliki św. Jana na Lateranie przekazuje w darze dwa baranki, które błogosławi się nad grobem podczas ofertorium. Tego samego dnia przekazuje się je papieżowi, który z kolei powierza je zakonnicom z klasztoru św. Cecylii na Zatybrzu. W tym roku, podobnie jak przed rokiem papież ich nie przyjmował, dlatego bezpośrednio od nas trafiły do sióstr na Zatybrzu.

CZYTAJ DALEJ

Dziecko Auschwitz

Niedziela kielecka 21/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Auschwitz

TD

Janusz Rudnicki. Dzisiaj na stałe mieszka w Sędziszowie

Nie miał dziesięciu lat, gdy z ogarniętej wojną Warszawy trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz, potem do Mauthausen. Rozdzielony z rodzicami, więcej już ich nie ujrzał

W idealnie wysprzątanym mieszkanku w Sędziszowie, gdzie Janusz Rudnicki, dzisiaj 85-letni, mieszka po śmierci żony, znalazło pomieszczenie niewielkie mauzoleum: proporzec, fotografie, urna z ziemią z obozu koncentracyjnego, z prochem z ciał jego rodziców, który wmieszał się w prochy niezliczonych ofiar. – To ziemia z Auschwitz. Niedługo będziemy razem – mówi pan Janusz, patrząc na zdjęcie żony, na garstkę ziemi w urnie.

Chłopak z Leszna

Z warszawskich wojennych wspomnień sporo w jego pamięci przetrwało: walki powstańcze, przesiedlanie Żydów do getta, stawianie muru wokół „dzielnicy żydowskiej”, przemycanie jedzenia dla żydowskich kolegów, roznoszenie ulotek przed wybuchem powstania, ukrywanie się po całych dniach w piwnicach, łapanki, gdy Niemcy kazali im, dzieciom, patrzeć na schwytanych, patrzeć i pamiętać. – Wybuch wojny też pamiętam, jak cztery bomby spadały na zabudowania na Lesznie, gdzie mieszkaliśmy, tylko oficyna została – wspomina. Janusz Rudnicki urodził się 17 listopada 1934 r., ojciec Paweł (1906) był dozorcą przy ul. Leszno 113. – Któregoś dnia ojciec i wujek przywieźli skądś dwie beczki benzyny, do pracy stanęła cała rodzina. Ojciec i wujek nalewali benzynę do półlitrowych flaszek, a ja drutem w korkach robiłem otwory, natomiast siostry przez te otwory przeciągały knoty i korkowały te butelki. Tak powstawały prymitywne, ale groźne dla Niemców pociski, które Polacy zrzucali z dachów na transporty niemieckie – przywołuje jeden z obrazków wojennych p. Janusz.

6 sierpnia 1944 r. Niemcy wyprowadzili ich z piwnic, dali 20 minut na zabranie podstawowych rzeczy. Zapakowali w wagony bydlęce, przewieźli do Pruszkowa („w takie, wie pani, krowiaki, z zakratowanymi okienkami, dwie doby byliśmy bez jedzenia i picia, potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod siebie”), potem znowu bydlęcym składem – przez Częstochowę, do Oświęcimia.

Auschwitz Birkenau

Jest noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Z łomotem otwierane drzwi wagonów, krzyki, szczekanie psów, dymy, jakiś przerażający odór, swąd… (nie wiedzieli jeszcze, że to palone ludzkie zwłoki). Ustawili ich rodzinami, kosztowności – do „depozytu”, bagaże – na rampę. Dzieci z matkami osobno, mężczyźni osobno, golenie na łyso, komenda: do łaźni! – To było przerażające, ogień buchał, my wszyscy nago, z kobietami…, potem pasiaki, drewniaki i na łagier kobiecy, ale już po trzech dniach zabrali nas od matek, nigdy więcej nie widziałem ani taty, ani mamy... Miała na imię Stefania. Obydwoje zginęli w 1944 w obozie, dlatego mam stamtąd ziemię w urnie, ich prochy zmieszały się ze wszystkimi innym spalonymi w krematoriach – mówi.

Numer obozowy? – Od 1944 r. Niemcy nie tatuowali więźniów, zbyt wielkie przepełnienie było w obozach, nie nadążali… Numer ma tylko zapisany w dokumentacji, i w pamięci, już na zawsze: 192687.

Najgorsze wszy i apele

Po rozłące z matkami przepędzili ich truchtem, ok. 200 chłopców, na męski łagier, za każdy krzyk, jęk, było bicie. Łagier A, 16 baraków i pierwsze „lekcje” do odrobienia – nauka obozowej dyscypliny: padnij, powstań, czapki z głów, czołgać się, skakanie żabką. Za kilka tygodni – łagier B, 32 baraki, wokół wszędzie druty kolczaste.

Mycie poranne? Jakie tam mycie, koryta k. latryn, cieknąca z rurki cuchnąca woda. Między godz. 6 a 22 do baraku nie można było wejść, ani w latrynie też nie można było chwilki posiedzieć. – Najlepiej jeszcze było wyjść do roboty, w pole do pielenia, znalazło się kawałek liścia czy marchewki, po kryjomu zjadło. Głód to coś nieludzkiego, ssie się palce... Dostawaliśmy kawę, ale czy to kawa była? Jakieś pomyje, nie widomo z czego. W obozie trawa była wyjedzona do gołej ziemi… Apel wieczorny był postrachem, a najgorzej jak nie zgadzał się stan ludzi, nawet trupy zbierało się z pola, żeby liczba była taka, jak przy wyjściu. No i wszy. Po całych nocach się nie spało, biliśmy te wszy na sobie, chodziło się z tym na skórze. W nocy szczury nic a nic się nie bały, śmigały po nas, trzeba się było oganiać. Zwłoki to bez przerwy obgryzały – tak obozowy horror zapamiętał Rudnicki, tak pamiętają obóz inni ówcześni chłopcy. Janusz Rudnicki nie zapomni nigdy, jak jego kolega spłonął razem z matką, gdy dotknęli się przez druty kolczaste, jak topiono cygańskie dzieci w basenie, jak bił „czarny diabeł” (esesman), jak więźniarki wleczono na „eksperymenty medyczne”.

W nocy upchnięci na pryczach, gryzieni przez wszy i szczury, nie mogli utrzymać moczu („sikaliśmy we śnie, to wszystko leciało na tych, co spali na dole”), ale żaden poranek nie przynosił zmiany na lepsze.

Blokowy i straszne zimy

Zimy w czasie II wojny światowej były bardzo surowe, śnieżne, mroźne („nie to, co dzisiaj”), do obozu wciąż przychodziły transporty Żydów, Cyganów; od razu oni, mali więźniowie wiedzieli, czy to transport do gazu, czy do obozu, nieomylnie rozpoznawali symptomy – Niemcy w maskach i kaskach, huk zatrzaskiwanych hermetycznych drzwi. Zimą 44/45 roku Niemcy ustawili choinkę w bloku na Boże Narodzenie, kazali im śpiewać kolędy, bo Niemcy bardzo lubili śpiew...

Stoją w szeregu, ciemny poranek, może minus 25 stopni, zjedli po kromce czarnego gliniastego „chleba”, na obiad będzie zupa, ale nie wiadomo z czego, bo w lecie to przynajmniej z zielska, co rosło w rowach za obozem. Wpatrują się w blokowego.

Blokowy był dobry. Mówił, jak chronić ręce (długie płaszcze po zamordowanych) czy stopy (worki papierowe) – ale to dopiero tuż przed likwidacją obozu przynosił im z magazynów ubrania, to było już po przeniesieniu na łagier F, ostatni naprzeciw krematorium, w 1945 r. Te ubrania trochę ratowały, chłopcy mieli tyfus, biegunkę, notoryczne odwodnienie. Na dwa dni przed opuszczeniem obozu wstrząsnął nimi huk – Niemcy wysadzili krematoria. Myśleli, że to koniec świata.

Pod koniec stycznia, gdy chłopców przeniesiono na łagier C, Niemcy rozpalili wielkie ogniska; płoną obozowe dokumenty, a zaraz potem nocna pobudka, ustawienie piątkami, wokół esesmani z karabinami. Czyli koniec. A tu dostali po dwa bochenki chleba i po kostce margaryny, blokowy zapowiada, żeby trzymać się razem, nie ustawać, bo zastrzelą.

Mauthausen i wyzwolenie

Wychodzą z obozu w nocy, słychać artylerię, brną przez śniegi, wokół ani domu, ani żywego ducha, Niemcy jadą samochodami, rowerami, furmankami, kto ustaje – zabijają. Na jakiejś stacji kolejowej załadowali małych więźniów na węglarki, którymi „gdzieś” (do Austrii) dojechali, piechotą dotarli do obozu Mauthausen/Komando Melk. Nieduży obóz, kilka murowanych bloków, no ale o ile łatwiej, lepiej. To nic, że gorączka i biegunka, bo nie było już codziennego apelu, była tylko pobudka. Chłopcy mieli swoje zadanie: w gigantycznym silosie strugali ziemniaki, blaszkami, bo noży nie dostawali, a trzeba było cienko obierać no i nie poszło się spać, póki silos nie był pełen. Ale rano dostawali herbatę, kawałek chleba, na obiad ugotowane obierki z ziemniaków, i to już pozwalało nabierać sił.

Mróz i śnieg dokuczał, wtedy w lutym, w Mauthausen, ale stopniowo poprawiało się, Niemcy mniej prześladowali, krematorium nie kopciło. Dostał tam nowy numer obozowy: 118257.

W maju pojawiły się amerykańskie samoloty, widać było walki toczące się w mieście na dole. 5 maja do obozu wjechał amerykański czołg, Niemcy złożyli broń. – Orkiestra grała, była wielka radość między więźniami, pojawiały się różne flagi narodowe, bo była tam nas zbieranina, ale zaraz zaczęła się kolejna tragedia: przeżyliśmy obóz, ale zaczęliśmy umierać od jedzenia. Ci, co próbowali normalnie jeść umierali, żołądki w obozie pracują inaczej, dobre jedzenie zabija więźnia – mówi Janusz Rudnicki.

Blokowy im mówił: żadnego jedzenia. Dostali suchary, prawdziwe – słodkawe i suche, że tylko ustępowały pod młotkiem, ssali je jak cukierki, oswajali układ trawienny, to ich ratowało. – Ale nawet jak tu gryźć, tylko się mamlało, każdy miał szkorbut, zębów nie mieliśmy, nadal nie trzymało się moczu, pomimo amerykańskich witamin. Ale nic nie było tak dobre, jak te suchary – zamyśla się Rudnicki.

Droga do domu

Guma do żucia, od żołnierzy amerykańskich, to był cud, no ale połykali ją, bo skąd mieli wiedzieć, do czego służy? Mijał maj, czerwiec, więźniowie powoli stawali na nogi. Na początku lipca Janusz zgłosił się, że chce wracać do Polski. Mógł jechać na Zachód, albo do jakiegoś prewentorium, ale uparł się na tę Warszawę, marzył o domu, o swoich, o sąsiadach. Dostał ubranie, plecak z jedzeniem (jeszcze dzisiaj pamięta, w co był ubrany, wyruszając na poszukiwanie bliskich), wojskowe samochody przewiozły chętnych do wyjazdu na teren Czechosłowacji, a potem po wielu perypetiach znaleźli się – pięciu chłopców z obozu – w Katowicach w punkcie repatriacyjnym. Do Warszawy wędrował już sam, z biletem, który zarazem stanowił dokument tożsamości i prawo do noclegu czy nabycia jedzenia. Tydzień w obróconej w ruinę stolicy przygnębił małego ekswięźnia jeszcze bardziej, bo nie znalazł nic ani nikogo, co mogłoby go zatrzymać. – Na ul. Leszno 113 wpadłem do zburzonej kamienicy. Na środku naszej izby usypany był kopiec z cegieł i kamieni, spod których wystawały nogi małej dziewczynki. Uciekłem na dworzec – opowiada.

Wrócił więc do Katowic, gdzie zapamiętał kilka życzliwych osób. Gdzieś, o kogoś trzeba było przecież się wesprzeć.

Szczęście do ludzi

Swoich nie znalazł, ale to obcy przygarnęli go, jak kogoś bliskiego, drogiego. Z domu dziecka trafił do rodziny państwa Krzyżanowskich, którzy w Czechowicach-Dziedzicach prowadzili aptekę i mieli dwóch synów. Jego potraktowali jak trzeciego, ale Rudnicki nie zmienił nazwiska. Dobrze pamięta te lata, jak chorował na nerki, na pęcherz, jak leczyli go przybrani rodzice, pamięta okoliczności pierwszej komunii św. (1948 r.). W 1953 r. uzyskał maturę. Pracował kolejno w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, w Krakowie przy hucie Lenina, w kopalni Sosnowiec, w kieleckim Społem, wreszcie – za pracą trafił do Sędziszowa, gdzie organizowano fabrykę kotłów.

Założył szczęśliwą rodzinę, ma trzy najlepsze córki, mieszka z nim ukochana wnuczka. Od 1999 r. wiedzie spokojne życie emeryta. Jest pogodnym człowiekiem, obdarzonym doskonałą pamięcią i darem narracji. Za ocalenie dziękował Bogu tysiące razy, specjalnie pielgrzymował do Matki Bożej Fatimskiej. Chciałby tylko, aby taka historia, jak jego, wtedy małego chłopca, była przestrogą przed wszelką agresją, dominacją, poczuciem wyższości, w imię których sankcjonuje się i dokonuje zbrodni na milionach.

CZYTAJ DALEJ

Kanada: Asia Bibi po raz pierwszy na emigracji pokazała swoje zdjęcie

2020-01-29 19:42

[ TEMATY ]

Pakistan

Asia Bibi

www.christiansinpaan.com

Pakistańska chrześcijanka Asia Bibi, która spędziła osiem lat w celi śmierci po skazaniu za bluźnierstwo, po raz pierwszy ujawniła swoje zdjęcie jako emigrantka w Kanadzie. Brytyjski dziennik „The Guardian” podał 28 stycznia, że mężna kobieta wyda właśnie swoją autobiografię pt. „W końcu wolna”. Na zdjęciu występuje wraz z dziennikarką i działaczką na rzecz praw człowieka Anne-Isabelle Tollet, która w 2010 r. poinformowała o jej losie.

„Znasz moją historię z mediów. Być może próbowałeś postawić się w mojej sytuacji, aby zrozumieć moje cierpienie” – przytoczono słowa Bibi w komunikacie prasowym. Jednak osobom z zewnątrz trudno jest zrozumieć, co oznaczało jej codzienne życie w więzieniu albo jej nowe życie na wolności. Ma w tym pomóc książka, którą pakistańska chrześcijanka napisała wspólnie z Anne-Isabelle Tollet i która ukaże się w języku francuskim.

Dziennikarka powiedziała 29 stycznia francuskiej stacji radiowej RCF Radio, że Asia Bibi czuje się dobrze w Kanadzie i że jest „zdrowa fizycznie i psychicznie”. Jako emigrantka prowadzi „proste i dyskretne życie”, jako gospodyni domowa, która opiekuje się swoimi dziećmi. Smutno jej było, że musiała opuścić swój kraj ojczysty - Pakistan, ale nadal ma kontakt z członkami rodziny, którzy tam pozostali – zapewniła Tollet.

Przypomniała, że kobieta przeżyła dziesięć lat tortur między oskarżeniem a wyjazdem, głównie z powodu swych przekonań religijnych.

„Modliła się codziennie w swojej celi, ufała Bogu i wiedziała, że On ją stąd uwolni” – zaznaczyła współautorka ksiązki. Zwróciła uwagę, że wsparcie i sympatia społeczności międzynarodowej były również niezwykle ważne dla walki tej dzielnej kobiety o przetrwanie, bez czego nie mogłaby przeżyć w pakistańskim więzieniu. Jej biografia ma przede wszystkim być formą podziękowania wszystkim za wsparcie – podkreśliła Tollet.

W październiku 2018 Sąd Najwyższy Pakistanu oczyścił Asię Bibi z zarzutu bluźnierstwa, za co w 2010 została skazana na śmierć. Przebywając od tamtego czasu w więzieniu, przez lata walczyła bezskutecznie o rewizję wyroku. Skazano ją dlatego, że – według jej muzułmańskich koleżanek z pracy – obraziła ona proroka Mahometa, pijąc wodę z tego samego pojemnika, co one – muzułmanki.

Uniewinnienie Asii Bibi spowodowało ostre protesty islamistów. Ze względów bezpieczeństwa władze umieściły ją początkowo w bezpiecznym miejscu. Kiedy po miesiącach oczekiwania wyjazd z Pakistanu stał się możliwy, nie mogła pożegnać się z ojcem i ze swoim rodzinnym miastem, gdyż ciągle groziło jej niebezpieczeństwo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję