Reklama

Niedziela Wrocławska

Być jak Gedeon

Na przełomie listopada i grudnia w parafii pw. św. Alberta Wielkiego we Wrocławiu-Sołtysowicach odbył się dzień skupienia dla mężczyzn. Gościem specjalnym był Adam Woronowicz, aktor, który nie po raz pierwszy odwiedził miasto ze swoim słowem.

Agata Pieszko: Kiedy został Pan poproszony o głoszenie konferencji dla mężczyzn, jakie myśli kołatały się w pańskiej głowie?

Adam Woronowicz: Moja pierwsza myśl: zwiewam. Chciałem od tego uciec, ale kolejna myśl to przypomnienie sobie historii Gedeona, bo właśnie od niego wszystko się zaczęło, od wezwania: „dzielny wojowniku!”. Wciąż na nowo odczytuję tę historie, konfrontuję się z nią, uświadamiam sobie, ile w tym analogii do życia wielu świętych, wielu ludzi na kartach Biblii, powołanych nie ze względu na swoją siłę, a na wolę Boga – takimi, jakimi są, często w swojej słabości. To jest wielka nadzieja dla nas. Bóg po nas sięga i powołuje nie ze względu na naszą moc, a dlatego, że jesteśmy. To jest piękne i daje nam siłę, byśmy wytrwali w powołaniu.

To kolejny raz, kiedy wrocławianie mogli wysłuchać Pana świadectwa. Dlaczego, będąc aktorem, zdecydował się Pan głosić?

Ja nie jeżdżę z konferencjami, ponieważ moim zawodem jest przede wszystkim właśnie zawód aktora, natomiast wiara jest dla mnie czymś tak bardzo istotnym, że jeżeli mam coś do powiedzenia, to tylko na zasadzie dzielenia się. Sam zmagam się przecież z wieloma rzeczami w moim życiu i nie poczuwam się do tego, by kogokolwiek pouczać, jak ma żyć i jakie ma stosować rozwiązania.

Czy trudno jest być wierzącym, praktykującym aktorem?

Nie, to nie jest trudne. Nie żyjemy w rzeczywistości prześladowań. Myślę, że tak samo jest być wierzącym prawnikiem, czy praktykującym lekarzem. Nie chodzi przecież o to, żeby wiarę demonstrować. Jak ktoś mnie grzecznie pyta, to odpowiadam, że wierzę, ale nie jestem zmuszony do tego, żeby nawracać. Jeżeli ludzie będą chcieli, to sami zapytają: „skąd taki jesteś”, „dlaczego taki jesteś”? Jak znam życie i Ewangelię, to Jezus w pierwszych rozdziałach nie chodził i nie mówił, że nawraca, tylko miał w sobie coś takiego, że mówił: „Chodź, pójdź za mną” i to się działo. To niesamowite, że kiedy człowiek pachnie Chrystusem to inni ludzie jakoś to odnajdą. Wtedy pójdą za prawdą, bo będą jej szukali. Nie trzeba się dziś afiszować i wywieszać flag, bo to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, żeby tę swoją wiarę wciąż rozwijać, żebyśmy nie stracili smaku soli, którą mamy być. Mamy być smakiem tego świata.

Czy jest teraz kryzys męskości?

To śmieszne, bo kiedy czytam Biblię, mam wrażenie, że ten kryzys męskości był zawsze. Mężczyźni zawsze prowadzili wojny, albo pozbawiali się wzajemnie życia. Serce mężczyzny musi być zdobyte i jeśli to serce zdobędzie Bóg, to jest coś naprawdę wspaniałego i wielkiego. Ale potworne jest, kiedy to serce zdobędzie przeciwna siła. Mamy w historii tyle postaci, które zadały wiele bólu innym z racji swoich zranień. Ostatnio słyszałem o dziesięciu największych zbrodniarzach świata. Proszę mi wierzyć, nie było tam ani jednej kobiety, więc coś jest na rzeczy. Mężczyźni z jednej strony potrafią tworzyć rzeczy niesamowite, a z drugiej przerażające. Czy mamy kryzys? Zawsze pojawia się pytanie, co zrobić z tą siłą, energią, chęcią panowania, władzy, sukcesu, miłości czy rządzenia. To są odwieczne pytania.

Adam Woronowicz (ur. 25 grudnia 1973 r. w Białymstoku) – aktor znany m.in. z roli ks. Jerzego Popiełuszki w filmie Popiełuszko. Wolność jest w nas w reżyserii Rafała Wieczyńskiego, ojciec czworga dzieci.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dotykałem tajemnicy

Niedziela szczecińsko-kamieńska 49/2012, str. 5-6

[ TEMATY ]

film

sztuka

Woronowicz

Piotr Słomski

W sobotę 10 listopada o godz. 16.30 w siedzibie Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, a następnie o godz. 19 w kawiarence Szczecińskiego Duszpasterstwa Akademickiego przy sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa u Chrystusowców odbyły się spotkania z Adamem Woronowiczem, odtwórcą głównej roli w filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Urodzony w 1973 r. aktor znany jest również m.in. ze swoich kreacji w filmach „Generał Nil”, „Rewers”, „Uwikłanie” czy „Baby są jakieś inne”. Podczas spotkania dało się zauważyć, że Adam Woronowicz posiada w sobie prawdziwy charyzmat, rozpoznany i ukształtowany na drodze intensywnej formacji duchowej. Jest obdarzony szczególnym talentem oratorskim - słucha się go przyjemnie i z zajęciem. Swojej pracy oddaje się - jak sam stwierdza - cały. O swojej żonie mówi - to naprawdę święta osoba. Otwarty na człowieka. Mimo wielogodzinnych i wyczerpujących spotkań udzielił nam wywiadu.

PIOTR SŁOMSKI: - W trakcie Pańskiej prelekcji zapadł mi w pamięci pewien fragment z Pańskiego życiorysu, gdy jako jedenastoletni chłopiec grał Pan w piłkę z kolegami, a kilkadziesiąt metrów dalej przejeżdżał samochód z ciałem zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki. Główny bohater i przyszły odtwórca jego roli tak blisko siebie. Czy nie wydaje się Panu, że w naszym życiu pojawiają się znaki, które mogą ukazywać nam w jakiś sposób naszą życiową drogę?

ADAM WORONOWICZ: - Oczywiście, że tak jest. Jednakże, gdy ma się 11 lat, to się tego tak nie odczuwa i nie odbiera. Ale wierzę w to absolutnie. Nie my pierwsi ani nie ostatni będziemy mieli takie znaki. Niemniej jednak ufam, że w ten sposób Opatrzność do nas mówi.

- W wywiadzie dla KAI mówił Pan, że w trakcie kręcenia sceny ostatniego Różańca, jaki ks. Jerzy Popiełuszko odmówił z wiernymi w jednym z bydgoskich kościołów, miał Pan na sobie oryginalny ornat, którego używał w tamtych chwilach ks. Jerzy. Znamienne jest to, że nikt potem już go nie założył, zaszczyt ten spotkał dopiero Pana. Powiedział Pan wtedy: „Czułem, że w tym momencie dotykam tajemnicy”…

- …tak, tajemnicy kapłaństwa. Jest to wielka rzecz - kapłaństwo. Jest to ciężar, krzyż, ale jednocześnie zaszczyt i wyróżnienie. Jest to tajemnica spotkania człowieka ze swoimi słabościami, marzeniami, pragnieniami i Bogiem, który powołuje nas do rzeczy, które nas przekraczają.

- Występował Pan w wielu produkcjach opowiadających o historii naszego kraju, m.in. w „Sensacjach XX wieku”, „Generale Nilu”. Można Pana oglądać w serialu na TVP 2 „Czas honoru”. Zdaje się, że tego typu obrazy sprawiają, że aktor podchodzi zupełnie inaczej do granej w nich przez siebie roli, że przynależność do takiego, a nie innego narodu, z konkretną historią, musi mieć na niego wpływ.

- Przede wszystkim występowanie w tego typu filmach jest dla mnie niesamowitą przygodą. Bardzo lubię wcielać się w postaci historyczne. Przygotowując się do tego typu ról, zaczynam zgłębiać biografię mojego bohatera i zbierać wiadomości na temat epoki, w której żył i działał. Czuję, że są to osoby z krwi i kości, bardzo realne, mimo że już dawno ich wśród nas nie ma. Takie postaci, których rys charakterologiczny aktor musi oddać na ekranie, mogą dać ludziom jakiś konkretny, inspirujący impuls. Czasy, w których oni żyli, wcale nie były lepsze od naszych, nawet gorsze, a mimo wszystko potrafili znaleźć jakąś nadzieję, pasję, stworzyć naprawdę dzieła wyjątkowe. Często nie byłoby to możliwe, gdyby nie ich wiara. Byli wyjątkowi, dlatego że pomimo swoich słabości byli przecież takimi ludźmi jak my, mieli jakieś przeświadczenie o tym, że powinni postępować tak, a nie inaczej i zrobić coś dla kraju. Zawsze są to jakieś indywidualne historie, ale te właśnie jednostki, zmagające się same ze sobą, potrafiły dawać wiele innym ludziom. To zdumiewające.

- Czy odczuwa Pan różnicę ciężaru odpowiedzialności między odgrywaniem postaci historycznej, która osadzona jest głęboko w zbiorowej świadomości, a postacią zupełnie fikcyjną, wykreowaną przez autora scenariusza lub książki?

- Oczywiście są różnice. Odgrywanie osoby, która jest autentyczna i znana widzowi, wymaga od aktora zupełnie innego podejścia, przygotowania, no i odpowiedzialność jest inna. Tak rzadko się zdarza zagrać w takich filmach jak o księdzu Jerzym. Byłem naprawdę szczęśliwy, kiedy mogłem to robić. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem. To jest niesamowita przygoda, kiedy człowiek może się z czymś takim zmierzyć. Ks. Jose María Escrivá de Balaguer powtarzał: „Panie! Proszę Cię, abym przejrzał!”. To jest niesamowite! Jakie to jest zawołanie! - Abym przejrzał! To jest konieczne także w aktorstwie, aby zrozumieć odgrywaną postać i podołać nałożonej na nas odpowiedzialności wobec widza.

- Na premierę czeka film „Syberiada Polska”, ukazujący los Polaków zesłanych na Syberię podczas II wojny światowej. Czym było dla Pana uczestnictwo w tego typu przedsięwzięciu?

- To jest chyba pierwszy film, który pokazuje historię, jaka miała miejsce na Kresach Wschodnich. Film porusza tragiczny czas deportacji. Wielu ludzi zostało wywiezionych w głąb Syberii, wielu pozostało tam na zawsze, zginęło. Potomkowie zesłańców do dziś żyją np. w Kazachstanie i czekają. Jest to świadectwo jakiejś hekatomby, która miała miejsce właśnie tam, w dalekiej Syberii. Świadectwo ludzi, którzy w jedną noc dostali tylko kilkadziesiąt minut, żeby się spakować. Musieli zostawić wszystko, całe gospodarstwa, majątek i jechać tygodniami w nieznane. W wagonach, w których umierały niemowlęta, kobiety, starcy. To był wielki dramat. To jest cierpienie wielu tysięcy ludzi, tak więc jest to ważny film. Mówi o nas; jest jak epopeja. Zdjęcia do filmu kręciliśmy w Krasnojarsku, więc Syberia jest pokazana naprawdę. Chciałbym, żeby film ten stał się ważnym obrazem dla wszystkich Polaków. Moim zdaniem ma szanse.

- W swojej karierze miał Pan okazję współpracować z wieloma reżyserami, którzy zapisali się już w polskiej kinematografii, jak Koterski, Vega, Zaorski. Przed rozpoczęciem zdjęć w czasie poznawania odgrywanej przez siebie roli, powstaje w Panu zapewne wizja postaci, w którą ma Pan się wcielić, zapewne taką wizję ma również reżyser. W którym momencie dochodzi do konfrontacji tych dwóch wizji - aktorskiej i reżyserskiej?

- Oczywiście, zawsze są rozmowy na temat danej roli. Czasami bywają nawet gorące, twórcze spory. Następnie dogrywa się wszystko na planie. Uważam, że reżyser ma zawsze racje, bo widzi więcej. Aktor czasami nie potrafi siebie ocenić. Reżyser wie, co zrobiliśmy nie tak, gdyż patrzy z punktu widzenia obserwatora. Więc cieszę, że tak jest i z uwagą słucham uwag reżysera. Najgorzej jest wtedy, gdy ich nie ma.

- Sądzę, że należy Pan do takich aktorów, których niełatwo zaszufladkować. Występuje Pan w reklamie, gdzie odgrywana przez Pana postać jest komiczna, wciela się Pan w rolę cynicznego oficera UB w „Czasie honoru”. Widać, że potrafi Pan wpisać się swoją kreacją w konkretne linie charakterologiczne i konstrukcje psychiczne bohaterów. Jak Pan do tego dochodzi?

- Za każdym razem podchodzę do pracy na nowo. Patrzę dokładnie, co jest napisane w scenariuszu. Jak się dobrze wczyta w swoją kwestię, to pojawia się zawsze jakiś pomysł na przedstawienie postaci. Wystarczy pomyśleć, że to jest ktoś zupełnie inny ode mnie, ktoś, w kogo muszę się wczuć. Inaczej trzeba podejść do odegrania pułkownika Wasilewskiego, a inaczej do ks. Jerzego Popiełuszki. To jest taka aktorska trójpolówka, jak ja to nazywam. Pozwala na filtrowanie siebie poprzez przechodzenie od jednego charakteru do drugiego. Tego uczymy się w szkole aktorskiej. Czasami rola jest dokładnie opisana i łatwo wejść w dany charakter, nierzadko pomaga też kostium.

- Można po skończonym spektaklu ściągnąć z siebie stroje i wrócić tak zwyczajnie do domu, czy jednak ogrywana postać gdzieś tam w Panu zostaje?

- Nie. Nigdy czegoś takiego nie odczuwałem. Zawsze wiem, że muszę wrócić do domu, do żony, do dzieci, czy przyjechać np. na takie spotkanie jak to w Szczecinie, gdzie jestem osobą prywatną. Jestem świadomy tego, że to jest zawód, przychodzi jedna rola, kończy się, zaczyna następna. Czasami takie przechodzenie od postaci do postaci sprawia trudność, ale taka jest już specyfika zajęcia, jakim jest aktorstwo. W nim odnajduję największą pasję.

- Jak Pan odpoczywa od życia aktorskiego?

- Bardzo lubię czytać książki; otaczać się nimi. Mam ich sporo i cały czas dużo ich nabywam. Lubię również oglądać zdjęcia, albumy, inspirować się różnymi rzeczami.

- W imieniu Czytelników „Kościoła nad Odrą i Bałtykiem” serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.

- Również dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników „Kościoła nad Odrą i Bałtykiem”.

CZYTAJ DALEJ

Zawsze można czynić dobro!

Niedziela Ogólnopolska 23/2017, str. 44-45

[ TEMATY ]

ludzie

Krzysztof Tadej

Zofia Posmysz

Zofia Posmysz w czasie II wojny światowej była więziona w trzech obozach koncentracyjnych. 30 maja 1942 r. trafiła do obozu Auschwitz-Birkenau. Przeżyła tam 964 dni. Każdego dnia doświadczała głodu, cierpienia i zagrożenia pozbawienia życia. 18 stycznia 1945 r. została przewieziona do obozu w Ravensbrück, później – do obozu Neustadt-Glewe. Po wojnie ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała m.in. w Polskim Radiu, współtworzyła słynne słuchowisko radiowe „W Jezioranach”. Autorka książek, m.in.: „Wakacje nad Adriatykiem”, „Do wolności, do śmierci, do życia”, „Chrystus oświęcimski”, „Pasażerka”. Na podstawie tej ostatniej został zrealizowany film o tym samym tytule, w reż. Andrzeja Munka i Witolda Lesiewicza.
Z Zofią Posmysz rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – W Auschwitz widziała Pani piekło na ziemi. Zabijanie ludzi, bicie więźniów, upokarzanie. Nie zniechęciła się Pani wówczas do ludzi?

ZOFIA POSMYSZ: – Nie, dlatego że widziałam nie tylko to przerażające zło. Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam katów – bili bez opamiętania, do krwi i do chwili, kiedy człowiek przestawał się ruszać. Wyżywali się. Zabijali. Ale oprócz osób o takich zachowaniach byli też ludzie, którzy czynili dobro, pomagali.

– Gdy zachorowała Pani na tyfus...

– W czasie tej choroby miałam ponad 40 stopni gorączki. Leżałam wycieńczona w bloku dla chorych, na górnej pryczy. Traciłam świadomość. Nie miałam siły, żeby wstać. I wtedy jedna z dziewczyn, prostytutka, zaczęła przynosić mi z kuchni napoje – herbatę, wodę. A było to bardzo niebezpieczne. Gdyby Niemcy się zorientowali, że coś wynosi, to zostałaby dotkliwie ukarana. Dlaczego to robiła? Dlaczego się narażała? Może dlatego, że wcześniej normalnie ją traktowałam, a inne dziewczyny z baraku pogardzały nią i dawały jej odczuć, że jest osobą drugiej kategorii...

– Przeżyła obóz?

– Nie wiem. Nigdy jej już nie spotkałam. Podam inny przykład. W obozie nie można było mieć medalika, książeczki do modlitwy i, oczywiście, różańca. Kiedyś w czasie deszczowej pogody, gdy maszerowałyśmy główną obozową drogą, w błocie zobaczyłam coś białego. Pochyliłam się i szybko podniosłam. Okazało się, że to różaniec. W baraku go wymyłam. Tam też miałam górną pryczę, więc po modlitwie chowałam różaniec w szparach dachu. Ale kiedyś, gdy pracowałam w kuchni, w nocy, postanowiłam zabrać go ze sobą. Pracowałam tam przy kotle i przyrządzałyśmy z koleżankami kawę na śniadanie. Tak mówiono, choć ta brązowa woda niewiele z kawą miała wspólnego. I kiedy modliłam się z różańcem w ręku, usłyszałam gwizd z jednego z kotłów. Był to sygnał, że należy szybko wygarnąć żar z paleniska, bo w przeciwnym razie kocioł może wybuchnąć. Różaniec położyłam na taborecie i szybko pobiegłam ratować kocioł. Ale gdy wróciłam, w tym miejscu stał już esesman i trzymał w ręce różaniec. „To twoje?” – spytał. Z drżeniem odpowiedziałam: „Tak”. Spojrzał na mnie dziwnie i znowu zapytał: „Jesteś katoliczką?”. Było mi w tym momencie już wszystko jedno. Odpowiedziałam: „Jestem katoliczką”. Esesman, trzymając ten różaniec, zaczął chodzić wokół kuchni. Ja stałam i czekałam. Myślałam, że to koniec.

– Groziła za to śmierć?

– To było jedno z najcięższych przestępstw. Nie skazywano na śmierć, ale kierowano do kompanii karnej. A tam na człowieka czekały praca ponad siły, bicie, kopanie, wrzaski, często zastrzyk z fenolu i śmierć.

– Co się później stało?

– Esesman wyciągnął do mnie rękę z różańcem i powiedział: „Masz!”. Zdębiałam. Nie zrozumiałam, dlaczego mi go oddaje. I z tego zaskoczenia spytałam: „Dlaczego?”. Odpowiedział krótko: „Moi rodzice też są katolikami”. I szybko dodał: „Schowaj to, żeby nikt cię z tym nie złapał”. Byłam ocalona. Potem dowiedziałam się, że był to Węgier, który służył w SS.

– To przykład, że bez względu na sytuację można pozostać dobrym człowiekiem.

– Zawsze można czynić dobro, bez względu na miejsce i okoliczności. Można było być w tym niemieckim mundurze i nie być mordercą. Naszych prześladowców podzieliłam na trzy grupy. Pierwsza grupa to mordercy. Katowali więźniów bez opamiętania. To sadyści, którzy czerpali przyjemność z bicia, poniżania, upadlania człowieka. Drugą grupę stanowili ci, którzy ściśle trzymali się regulaminu. Jak coś było nie tak, to pisali raporty i nas karano. A trzecia – to ci, którzy, gdy widzieli przekroczenie regulaminu, odwracali głowę i nie chcieli tego dostrzec.

– W ten sposób ratowali ludzi.

– Nie wszyscy chcieli robić to, czego od nich oczekiwano. Tacy ludzie byli normalni, z porządnych, normalnych domów. Widząc ich zachowania, utwierdziłam się w przekonaniu, że człowiek może być dobry.

– A nie straciła Pani wiary w obozie, gdy widziała Pani śmierć koleżanek, gdy czuła swąd palonych ciał? Nie zadawała Pani pytań: „Boże, gdzie jesteś?”...

– Nie, wręcz przeciwnie. Gdyby nie wiara, to bym nie przetrwała. To zasługa księdza katechety z kościoła św. Floriana w Krakowie. Przed wybuchem wojny przychodził do nas do szkoły powszechnej. Pod koniec roku szkolnego powiedział: „Słuchajcie, dziewczynki, chcę wam zaproponować, żebyście w piątki przez 9 miesięcy przystępowały do spowiedzi, uczestniczyły we Mszy św. i przyjmowały Komunię św.”. Byłam śmiałym dzieckiem, więc spytałam: „Dlaczego?”. A to dlatego, moje dziecko, że jak tak uczynisz przez 9 pierwszych piątków miesiąca, to nie umrzesz bez sakramentów” – odpowiedział. I tak zrobiłam, jak powiedział katecheta. Ale później zapomniałam o tej obietnicy. Przypomniałam ją sobie dopiero w obozie, gdy zobaczyłam kobietę na drutach. Popełniła samobójstwo. Druty były pod napięciem i jak ktoś nie wytrzymywał psychicznie, to się na nie rzucał. Zobaczyłam trupa i mnie olśniło. Przecież nie umrę, bo w obozie nie ma możliwości przyjmowania sakramentów! W najcięższych chwilach, gdy miałam gorączkę ponad 40 stopni, gdy majaczyłam i gdy odzyskiwałam przytomność, mówiłam do siebie: „Ksiądz katecheta powiedział o obietnicy, że nie umrę bez sakramentu!”. Człowiek chwytał się takich iskier nadziei i to mi niewątpliwie pomogło.

– Dużo się Pani modliła w obozie?

– Bardzo dużo, np. wieczorem. Kładłam się na pryczy i tak długo się modliłam, aż mnie sen zmorzył. Ale nie tylko ja. Polki się modliły, śpiewały pieśni religijne.
Pamiętam taką sytuację. Kiedyś stałyśmy bardzo długo przed blokami na placu apelowym. Działo się tak w te dni, gdy nie było transportów kolejowych z ludźmi przeznaczonymi do zagazowania.

– To znaczy?

– Mówię o transportach, które wjeżdżały wprost na rampę. Po zatrzymaniu pociągu zaczynały się dziać dantejskie sceny. Ludzie nie chcieli wysiadać. Wcześniej słyszeli, co może ich spotkać w Auschwitz. Niemcy wyrzucali ich z wagonów, niektórych zabijali. Na tych, którzy już wyszli, spuszczano psy. I gdy ludzi zapędzono do komór gazowych, wpuszczano gaz i ich duszono. Potem ciała były palone. My o tym, oczywiście, wiedziałyśmy. Nasze bloki były bardzo blisko krematorium. Nieraz Niemcy palili tyle ciał, że widziałam płomień wydobywający się z ogromnego komina. W powietrzu czuło się niesamowity smród. W Auschwitz był wilgotny klimat, często była mgła i ta mgła przemieszana z dymem cuchnęła...

– Powróćmy do tej sytuacji na placu apelowym, gdy długo stała Pani z koleżankami...

– To był jeden z tych dni, gdy nie było transportu na rampę. Esesmani wybierali wówczas osoby słabe i takie, które źle wyglądały. Stałyśmy na placu i w pewnym momencie usłyszałyśmy straszliwe krzyki. Niemcy zaczęli selekcję od bloku żydowskiego. Stamtąd wyciągali kobiety do komory gazowej. Wśród tych krzyków, jęków i wycia jedna z naszych koleżanek zaczęła cichutko śpiewać:

„Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud”.

Po chwili druga koleżanka, potem trzecia i kolejne przyłączyły się do tego śpiewu. Cichutko brzmiały słowa:

„Przemień, o Jezu, smutny ten czas,
O Jezu, pociesz nas”.

I nagle słyszymy, jak esesman pyta blokowej: „Co one śpiewają?!”. Nastąpiła cisza. Ona struchlała i drżącym głosem odpowiedziała: „Modlą się”. Wybuchnął śmiechem i powiedział słowa, które zawsze będę pamiętała: „Modlą się za tamte?”. I zrobił ruch ręką w stronę, skąd dochodziły krzyki. I dodał: „Niech modlą się za siebie. Dzisiaj Żydzi, a jutro wy!”. Wtedy zrozumiałam, że nasze życie to tylko oczekiwanie na śmierć.

– Czy po takich słowach w Pani sercu pojawiła się nienawiść do Niemców?

– Myślałam raczej o tym, czy jeszcze będę żyła. Nienawiść nic by nie pomogła, tylko przyspieszyłaby koniec. Nienawiść pogrąża człowieka w bezsilności i beznadziei. Dzięki modlitwie i wierze była we mnie iskierka nadziei.

– Czy miała Pani przeczucie, że przeżyje i będzie opowiadała o tym, co się stało?

– Nie. Po zakończeniu wojny nie sądziłam, że dożyję takiego wieku. Mam przecież już 93 lata! To przekraczało moje wyobrażenia. Ale póki żyję, robię to, co mi dyktuje poczucie obowiązku – przekazuję pamięć o tym, co było w Auschwitz. Współpracuję np. z Muzeum Auschwitz i z innymi organizacjami. Wiele lat później znalazłam potwierdzenie tej mojej postawy w wierszu Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”:

„Ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo”.

CZYTAJ DALEJ

Hiszpania: biskupi zaniepokojeni dążeniem rządu do legalizacji eutanazji

2020-01-29 21:44

[ TEMATY ]

Hiszpania

eutanazja

Fotolia.com/ Steve

Hiszpańska Konferencja Biskupia wyraziła obawy w związku z zapowiedzianymi przez rząd Pedra Sancheza działaniami na rzecz legalizacji eutanazji w Hiszpanii. Rzecznik prasowy episkopatu bp Luis Arguello oświadczył 29 stycznia, że niepokojące wydaje się już samo uzasadnianie przez władze konieczności zmiany przepisów istniejącym jakoby “zapotrzebowaniem społeczeństwa”. Biskup zaznaczył, że państwo powinno bronić życia swoich obywateli od początku do końca życia, a w przypadku osób cierpiących i chorych nieuleczalnie rozwiązaniem powinna być opieka paliatywna.

W piątek 24 stycznia rząd Pedra Sancheza, oparty na koalicji, złożonej z Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) i radykalnie lewicowego bloku Unidas Podemos (UP), przekazał do Kongresu Deputowanych – niższej izby parlamentu – projekt ustawy legalizującej eutanazję. Szefowa frakcji socjalistów w Kongresie Adriana Lastra wyjaśniła, że dokument ten jest pierwszą inicjatywą ustawodawczą zaprzysiężonego 14 stycznia drugiego gabinetu Sancheza. "Projekt ten jest dokumentem oczekiwanym przez wiele osób w Hiszpanii" – dodała posłanka.

Projekt nowych przepisów przewiduje, że eutanazja byłaby finansowana przez państwo i przeprowadzana zarówno w publicznych, jak i prywatnych placówkach służby zdrowia. Miałaby dotyczyć osób “przewlekle i nieuleczalnie chorych, których cierpienia nie można uśmierzyć”.

W środę 29 bm. dziennik “La Razón” zamieścił badanie, z którego wynika, iż w przypadku zatwierdzenia rządowego projektu przeprowadzenia eutanazji z powodu klauzuli sumienia odmówiłoby 37 proc. hiszpańskich lekarzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję