Jego śmierć w pamiętną Wigilię Bożego Narodzenia 1898 r. była ukoronowaniem życia tego pustelnika. Odszedł zatopiony w modlitwie kontemplacyjnej i ze słowami na ustach: „Przyjmij tę ofiarę”. Wkrótce po odejściu św. Szarbela zaczęto widzieć wokół jego grobu zdumiewające światła, których pochodzenia nikt nie był w stanie wyjaśnić, a wierni modlący się do Boga za jego pośrednictwem zaczęli otrzymywać łaski.
Święta Bożego Narodzenia to czas powrotów. Powrotów do Boga, do rodzinnego stołu i do siebie nawzajem. Niestety, u niektórych z nas rodzinny dom przywołuje bolesne wspomnienia, a rany z dzieciństwa nie pozwalają w pełni cieszyć się bliskością. Taki właśnie był rodzinny dom Moniki. – Tata miał dwie namiętności – alkohol i papierosy. Pierwsze wspomnienie, które z nim mam, to właśnie jak pali i smród dymu tytoniowego, który stale mu towarzyszył. Nie to jednak było najgorsze. Po wódce wychodziła z niego bestia, bił mamę, a później mnie – wspomina ze łzami w oczach Monika, trzydziestodwuletnia kobieta, która pokój ducha odnalazła w modlitwie do św. Szarbela.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Gdy Monika skończyła 18 lat, wyprowadziła się z domu. Namawiała mamę, by też odeszła, ale ona nie chciała – postanowiła być przy mężu na dobre i złe. Monika wkrótce poznała Tomka. Stworzyli udaną i kochającą się parę. Wzięli ślub i doczekali się dwójki dzieci. – Po wyprowadzce z domu rozmawiałyśmy z mamą codziennie. Gdy urodziłam dzieci, ona stale była przy mnie, opiekowała się wnuczkami. Ale z ojcem przez ten czas nie zamieniłam ani jednego słowa. Nawet nie chciał zobaczyć swoich wnuków. W maju 2019 r. mama powiedziała mi, że tata umiera. Rak płuc – straszliwy skutek wieloletniego wyniszczającego nałogu – był na tyle zaawansowany, że lekarze nie dawali mu szans, iż dożyje choćby do grudnia. Pomimo tego, że moje dzieciństwo zmienił w koszmar, chciałam się z nim pojednać. Ostatnie lata pozwoliły mi dojrzeć do tej decyzji. Tata jednak nie chciał mnie widzieć, czym po raz kolejny mnie ranił – wspomina Monika.
– Zaczęłam się modlić do św. Szarbela, by skruszył zatwardziałe serce taty, bym mogła spędzić z nim choć kilka chwil, zanim umrze. Mijały miesiące i stan taty stale się pogarszał. Jakimś cudem dożył do grudnia, choć lekarze nie dawali mu na to szans. Zaprosiłam więc mamę i tatę na Wigilię. Tata nie chciał o tym słyszeć. Mama postanowiła zostać z nim, nie chciała go zostawiać samego w takim dniu. Szykowały się więc kolejne święta bez rodziców, a moje dzieci traciły bezpowrotnie szansę na poznanie dziadka. I wtedy stało się coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Upór taty został złamany, stwierdził, że przyjedzie do nas...
W Wigilię 2019 r. Monika i jej ojciec po raz pierwszy od lat usiedli przy wspólnym stole. Czuć było napięcie, ale też ogromną tęsknotę za bliskością. Podczas dzielenia się opłatkiem Monika stanęła twarzą w twarz z człowiekiem, który wyrządził jej tyle krzywdy, a jednocześnie jej ojcem, umierającym i potrzebującym miłości. – Gdy łamaliśmy się opłatkiem i patrzyliśmy sobie w oczy, całe lata żalu i milczenia zniknęły. W jego oczach zobaczyłam nie tylko wstyd, ale też głęboką skruchę. Wtedy wybaczyłam mu wszystko, co wydarzyło się w przeszłości. A on prosił mnie o przebaczenie – opowiada wzruszona Monika. W blasku choinki i ciszy wigilijnego wieczoru, za wstawiennictwem św. Szarbela, doszło do pełnego pojednania. Ojciec Moniki zmarł dwa miesiące później. Umierał w spokoju i godności, otoczony kochającymi go osobami.
