Nikt jednak nie przypuszczał, że to pielgrzymowanie przyniesie moment, o którym będzie się mówić przez lata. Pielgrzymka duszpasterstwa „Owczarnia” miała być zwyczajnym jubileuszowym szlakiem: cztery Bazyliki Większe, Święte Drzwi, modlitwa przy grobie papieża Franciszka. – Chciałem, żeby młodzi zobaczyli Kościół żywy i piękny, taki, który naprawdę porusza – podkreślił ks. Piotr.
Największe poruszenie przyszło jednak nie w Rzymie, lecz w Castel Gandolfo. Papież Leon XIV przebywał tam podczas letniego pobytu. Młodzież uczestniczyła w papieskiej Mszy św. i modlitwie Anioł Pański. – Myśleliśmy, że to już wszystko. A serca i tak mieliśmy ściśnięte z wrażenia. Ale Pan Bóg lubi pisać własne scenariusze – wspominał kapłan.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Chwilę później zakrystię pobliskiej parafii otworzyła energicznie siostra zakonna: „Ojciec Święty znowu jest na placu!”. Ksiądz wybiegł przed kościół. – Patrzę, a papież idzie przez plac z tym swoim dobrodusznym uśmiechem. To było jak sen.
Ks. Piotr podszedł do barierek, jeszcze nie wierząc, że znajdzie się o krok od następcy św. Piotra. – Ręce mi drżały jak ministrantowi na pierwszej Mszy św. Pomyślałem: może już nigdy nie będę tak blisko.
Reklama
Odwaga przyszła w chwili wzruszenia. Ksiądz poprosił o błogosławieństwo. Najpierw zbyt cicho, potem już pewniej. Papież zatrzymał się, wrócił o krok, położył dłoń na jego głowie i pobłogosławił. – To było jak dotknięcie nieba – zaznaczył duchowny.
Młodzież patrzyła oniemiała, jakby czas się zatrzymał. – Dobrze, że barierka była solidna, bo kolana miałem jak z waty – dodaje dziś ze śmiechem ks. Piotr.
Zwiedzanie Rzymu pozostawiło w sercach młodych wiele pięknych obrazów, lecz to Castel Gandolfo stało się ich prawdziwą Górą Tabor. Spotkanie z Leonem XIV, całkowicie nieplanowane i zadziwiająco proste, okazało się najczystszą lekcją Kościoła: bliskiego, życzliwego, dotykającego człowieka. /xmb
