Kardynał Raniero kiwa głową: „Przyjmijmy łaskę”. Ona jest jak postawienie przez Boga żagli na łodzi. Może dotąd wiosłowaliśmy o własnych siłach i polegaliśmy tylko na sobie albo pozwalaliśmy się nieść prądom i nie interesowało nas ćwiczenie się w cnotach. To dziś częsty przypadek, bo coś się stało, że te bywają przedmiotem srogich kpin.
Tyle łodzi unosi się wokół bez celu, ale nasza łódź niesiona jest wiatrem Ducha. Wreszcie. Tylko pamiętajmy, z czym wiąże się wciągnięcie żagla na maszt. Zaczyna się przygoda życia? Tak, ale kończą się komfort, spokój i bezpieczeństwo. Łódź płynie nieporównanie szybciej, lecz zaczyna się kołysać, fala raz po raz wdziera się na suchy dotąd pokład. Musimy przeobrazić się z pasażerów tkwiących na leżakach, zaopiekowanych przez gromadę kelnerów, w zapracowanych i nieraz ryzykujących swe życie żeglarzy.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wiosła czy białe płótna... Przypomina mi się pewien epizod z mojej młodości. Sam byłem żeglarzem – przez całą młodość uprawiałem ten sport wyczynowo w lokalnym klubie. W łódce siedziałem więcej niż w książkach. Kochałem wodę i wiatr. Czasem bywało, że tego ostatniego nie było. Flauta. Wszystko stoi, nic się nie porusza, nawet liście akacji. Ale fizycznie wiatr jest zawsze. Pewnego dnia był tak słaby, że ostatni wieczorny bieg zamiast skończyć się w porze kolacji, zakończył się późno w nocy.
Reklama
Siedzieliśmy z załogantem w naszej łódce i patrzyliśmy, jak drobne liście przesuwają się wzdłuż naszej burty. Zajmowało im to minuty! W końcu zapadła ciemność. I wtedy usłyszeliśmy, jak gdzieś w pobliżu zaczyna pracować wiosło. Po chwili, obok – następne i jeszcze kolejne. Niektóre załogi uznały, że skoro sędziowie to nie sowy i w ciemnościach nie widzą, można złamać regulamin i wysunąć się do przodu.
Zgodnie z przepisami każda łódka musi mieć pagaj – małe wiosło „na wszelki wypadek”. Sam go kiedyś użyłem zamiast steru, gdy poszedł mi on na dno podczas wyścigów na Wiśle na trasie Toruń – Bydgoszcz.
Niebawem więcej niż połowa łódek płynęła dziwnie żwawo. Mój załogant uznał, że nie złamiemy regulaminu, jeśli spróbujemy przyspieszyć, wiosłując rękami. O rękach nie było mowy w przepisach.
Gdyby ten bieg uznano, wygraliby cwaniacy. Na szczęście anulowano wyniki.
Ta stara historia powraca do mnie, gdy rozważam obraz proponowany przez kard. Cantalamessę. Nasza łódka, którą płyniemy przez życie, to zwinny jacht z pięknymi żaglami. Zdumiewające, że istnieje wcale niemała grupa zawodników, którzy, po pierwsze, nie mają pojęcia, że można wciągnąć płótna na maszt, i po drugie, nie są w stanie dostrzec, że jednak wiatr Ducha zawsze wieje mocno. Jak cwani żeglarze z moich regat w ciemności chwytają za pagaj i z zapałem wiosłują. Jeśli takich „niezauważających rzeczy oczywistych” jest wielu, to mamy zawody na pagaje! Tymczasem prawdziwa rywalizacja odbywa się wśród szumu pędzących łodzi, w rozbłyskach fal i trzepotaniu żagli!
Nie przyłączajmy się do pagajowców. Nie tylko są śmieszni, nie tylko łamią reguły, ale jeszcze na mecie czeka ich dyskwalifikacja. Gdy oni w końcu powrócą na brzeg, my już dawno będziemy siedzieć przy stole. A ci, co uważają, że „najpiękniej niesie samo życie” i nawet wiosła są passé... Może kiedyś zapytają: gdzie ten brzeg?
No właśnie. Spójrzmy w górę, czy nad naszymi głowami pyszni się Boży żagiel. Może jednak bardziej ufamy swojemu wiosłu... Albo... nie zauważyliśmy wiatru.

