Kiedy byłem urwisem o doświadczeniu nieprzekraczającym 13 lat egzystencji, z pasją buszowałem po odbywających się w czwartki targach, które nadawały całemu Nowemu Targowi odświętny, pełen ekscytacji rytm. Szczególnie upodobałem sobie śledzenie i rozszyfrowywanie poczynań szykujących się do swojej zwyczajowej „pracy” łobuzów. Najwięcej czasu zajęło mi „rozpracowanie” techniki działania grupy wyspecjalizowanej w grze w trzy kubki. Polegała ona na obstawianiu, pod którym z trzech przykryć znajduje się moneta – zwykle był to aluminiowy „rybak zaciągający sieć”. Obstawienie właściwego kubka oznaczało wygranie wszystkich obstawionych wcześniej na niewielkim stoliku banknotów. Cała gra obfitowała w emocje i toczyła się w szybkim tempie przy wtórze podekscytowanej publiki. Początkowo emocjonowałem się przebiegiem gry, szybko jednak zauważyłem, że ostatecznie wygrywali zawsze sami jej organizatorzy, którzy wszak przejawiali niesłychane uczulenie na przedstawicieli milicji obywatelskiej w ich charakterystycznych mundurkach blue.
Reklama
Trochę czasu zajęło mi pojęcie niezawodnej techniki, którą posługiwali się niezaprzeczalni targowi oszuści. Otóż cała rzecz była precyzyjnie reżyserowana. Dwóch ancymonów sterowało publicznością i odgrywało rolę szczęśliwie wygrywających, i to oni wciągali do gry łatwowiernych chłopów, którzy dopiero co sprzedali jałówkę lub konia. Naiwniak na początku nawet coś wygrywał, aby w rezultacie wtopić dużą sumę. Gdy bywał szczególnie dożarty, pojawiał się ten czwarty... przebrany za milicjanta, i pośród ogólnego harmidru cała banda znikała z wyłudzonymi w trakcie gry pieniędzmi. Pewnie potem dzielili się łupem: ten prowadzący „grę”, dwaj naganiacze i „milicjant”. Mechanizm gry polegał na tym, że tracił zawsze jegomość wciągnięty do gry.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Teraz, kiedy przyglądam się „widowiskom” na polskiej „scenie politycznej”, mam nieodparte wspomnienia tamtej gry na nowotarskim targu. Oj, gdyby tamtejsi obwiesie wiedzieli, że odkryli „kamień filozoficzny” sterowania polskim elektoratem... Dziś jednak nie mam pewności, czy znaczący uczestnicy politycznych manewrów nie wywodzą się z tamtych szajek, bo mechanizm stojący za obecnymi zdarzeniami nie wydaje się odległy od tego targowego oszukaństwa. Tak samo atmosfera gęstnieje przed samymi wyborami i tak samo naganiacze krzyczą: teraz!, tylko teraz!... Trzeba wybrać mniejsze zło, bo później nic już nie będzie... Czyli słyszymy znajome zawodzenie: komu? Komu? Bo idę do domu! Okazja niesłychana, kto nie skorzysta, ma głowę barana!
Gra w trzy kubki zawsze nosi znamiona łatwej wygranej, bycia o krok od tryumfu, cóż z tego, że potem warunki nie sprzyjają, obiektywnie nie da się nic wygrać... Albo ostatecznie dzieje się coś nieprzewidzianego, co nakazuje zawiesić wszelkie mechanizmy wyborcze.
Czy rządzący sięgną po ten ostateczny mechanizm oszustwa – na targu było nim przybycie „milicjanta”? Teraz może to być wojna, a przynajmniej „stan wojenny”, wykreowany na siłę i zainscenizowany.
Cała gra między PO i PiS-em od wielu lat toczy się wedle ściśle spisanych reguł. Mam wrażenie, że ta prymitywna gra toczy się z wykorzystaniem emocji milionów Polaków. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Przeniesiony z targu mechanizm stosuje się na wielką skalę z wykorzystaniem naganiaczy z największych mediów. Najgorszy w tym jest fakt, że organizatorzy tej gry przebywają w obcych ambasadach i na zimno projektują wydarzenia, które mają miejsce na „targu” nad Wisłą.
W momencie, gdy ktoś wreszcie krzyczy: „Dość! Nadszedł czas, aby Polską zaczęli rządzić Polacy!”, i obnaża mechanizm dotychczasowego oszustwa – nasyła się na niego wszelkiej maści sędziów i prokuratorów, a najgorsze szmondaki – w togach autorytetów – orzekają, że nie wolno się z nim zadawać ani tym bardziej zważać na to, co mówi.
