Reklama

Niedziela Wrocławska

Koncertowy początek Adwentu

Agnieszka Bugała

Ponad 250 osób z całej Polski już od piątku gościło we franciszkańskiej parafii p.w. Karola Boromeusza przy ul. Kruczej i w udostępnionych przez LO nr VII salach. Nauka nowych, wymagających dobrego warsztatu wokalnego pieśni wielogłosowych była zadaniem trudnym, ale dającym wiele radości. Równolegle z warsztatami wokalnymi uczestnicy brali udział w rekolekcjach adwentowych prowadzonych przez dominikanina o. Tomasza Nowaka OP.

Zobacz zdjęcia: Koncertowy początek Adwentu

Warsztaty zakończył uroczysty koncert w wykonaniu wszystkich chórzystów i muzyków pod batutami aż trzech różnych dyrygentów, który odbył się w kościele franciszkańskim po Mszy św. o godz. 13.00.

Reklama

Adwentowe Warsztaty Muzyczno-Wokalne organizowane są przez Wrocławskie Liturgiczne Studium Wokalne.

2019-12-01 19:27

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Cud z Auschwitz

2020-01-21 09:37

Niedziela Ogólnopolska 4/2020, str. 62-63

[ TEMATY ]

Auschwitz

obóz

Adobe.stock.pl

Stefania i Jan Wernikowie mieszkają w Osieku k. Olkusza. Ich dzieciństwo to tematy na dwa osobne filmy o tragedii Polaków w czasie II wojny światowej

Na czarno-białej fotografii z 1962 r. piękna dziewczyna. Delikatne rysy twarzy, mocne kreski brwi, wyraźne usta. Uroda modelki, twarz z żurnala. I tylko oczy patrzą daleko poza ściany atelier fotografa. To Stefania Piekarz. Ma 18 lat i robi zdjęcie do pierwszego dowodu. Urodziła się w Auschwitz.

Nazywam się Stefania Wernik, po mężu, bo z domu Piekarz. Urodziłam się w piekle, tzn. w Auschwitz. Bóg uczynił cud i przeżyłam. Wiem, że to On mnie ocalił, bo po ludzku nie da się wytłumaczyć tego, co tam się stało. Mama trafiła do obozu, gdy była w drugim miesiącu ciąży. Na początku to ukrywała, ale gdy w sierpniu Niemcy chcieli ją wywieźć do Ravensbrück, współwięźniarka namówiła ją, żeby się przyznała. I mama, już w ciężarówce do transportu, powiedziała. Niemka kazała jej zejść na dół i wrócić do obozu. Wtedy przenieśli ją z baraku 11. do 15., dostawała tam nawet zupę z zabielanej wody, a nie wywar z cuchnącej, zgniłej brukwi – wspomina pani Stefania, która cztery miesiące później przyjdzie na świat. Siedzimy przy rodzinnym stole w domu państwa Werników. Ściany pełne fotografii uśmiechniętych dzieci, wnuków i prawnuków. – Razem jest nas trzydzieścioro czworo – mówi pan Jan, a jego niebieskie oczy, pełne łagodnego spokoju, spotykają mój wzrok.

– Żona zaraz wszystko opowie, ale niech Pani spróbuje babki, to wnuczka upiekła. U nas wszystko robi się razem i dla innych. Jak jednemu dzieje się bieda, to robimy rodzinną naradę i zastanawiamy się, jak pomóc. Rodzina jest najważniejsza. My z żoną już 57 lat jesteśmy razem, a łatwo nie było...

Stukamy talerzykami, brzęczą łyżeczki. Wybieram sypaną kawę z mlekiem, ale słucham i zapominam, że przede mną stoi filiżanka, i beżowy płyn szybko stygnie. Historia, która słowo po słowie kapie z ust pani Stefanii, paraliżuje mnie i tracę smak. Po chwili próbuję ukryć płynące po policzkach łzy. Niepotrzebnie. Pan Jan też ma mokre oczy.

Wyjdziesz przez komin

Był maj 1944 r., Anna Piekarz oczekiwała na narodziny pierwszego dziecka. W wojennej biedzie co rusz czegoś brakowało i – ulegając ciążowej zachciance – wybrała się do rodziców, którzy mieszkali w Osieku k. Olkusza. Z Czubrowic, gdzie mieszkała z mężem, do rodzinnego domu było prawie 10 km, ale pokonywała tę trasę wielokrotnie, więc wyruszyła bez obaw. Tyle że Osiek należał do Rzeszy, a Czubrowice do Generalnej Guberni. By odwiedzić rodziców, Anna musiała przekroczyć granicę. – Złapali ją w czasie obławy na szmuglerki i razem z nimi aresztowano. Mama nic przy sobie nie miała, ale dla Niemców to było bez znaczenia – opowiada pani Stefania. Złapane kobiety zawieźli do Olkusza, stamtąd, po jednodniowym uwięzieniu, pojechały do Auschwitz. Nikt w ciężarówce nie wiedział, że Anna boi się za dwie osoby i drżą w niej ze strachu dwa serca. Kiedy dojechały, na rampie czekała Niemka: „Wiecie, gdzie trafiłyście, zugangi?! Tu jest obóz śmierci! Stąd możecie wyjść tylko przez komin!”. Potem wzięli je do łaźni, ogolili i kazali włożyć pasiaki. – Woda cuchnęła, ubranie było sztywne od brudu, drewniane chodaki raniły gołe stopy i były ciężkie – mówiła mi mama. Ale przecież to był dopiero początek... – pani Stefania zawiesza głos. W dokumentach obozu zapisano: Piekarz Anna, numer 79414, urodzona 13 lipca 1918 r. Do KL Auschwitz przybyła 14 maja 1944 r.

A właściwie: przybyły, bo przecież obie. Maleńka Stefcia, ukryta pod serem mamy, przekroczyła koszmarną bramę z napisem: „Arbeit macht frei” razem z nią.

Nie pytaj, żyj

Zaczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Najpierw szok, potem próba ratowania resztek nadziei. I ciągły lęk o dziecko. – Mama nie chciała mówić o obozie. Byłyśmy tam razem dwa razy, ale niewiele opowiadała. Dopiero niedługo przed śmiercią, gdy traciła kontakt z rzeczywistością, często krzyczała przez sen: że stoi po kolana w wodzie, że oni idą, że strasznie bolą ją nogi, że jest zimno, że on zabierze jej Stefcię... – mówi pani Stefania. – Kto? Kto miał panią zabrać? – ośmielam się zapytać.

– Mengele. Po urodzeniu zabierał mnie na swoje eksperymenty, ale na szczęście niczego nie pamiętam. Mama mówiła, że gdy mnie stamtąd przynosili, to płakałam przez wiele godzin i nikt nie mógł mnie uspokoić – szepcze. Pani Anna miała do końca życia numer wytatuowany na lewej ręce, poniżej łokcia. Stefci wytatuowano numer na udzie, ale teraz pozostał tylko siniak. – Mama bardzo płakała, gdy mnie przynieśli z tym numerem – dodaje. Stefania Piekarz, numer obozowy 89136. Cała dokumentacja dotycząca jej narodzin i pobytu w obozie spłonęła.

Narodziny w piekle

Poród trwał 3 dni. Anna była tak słaba, że nie miała siły rodzić. Żeby przeć i wydać dziecko na świat, trzeba mieć siłę oddychać, napinać mięśnie i walczyć z bólem. A ona nie miała! Trawiona głodem od wielu miesięcy, wychudzona i zziębnięta leżała w obozowym szpitalu. Nie pamiętała, by ktoś przy niej był. Nie pamiętała ani tego, co myślała, ani tego, co czuła. Panicznie bała się, jak każda matka, o los dziecka. Czy się modliła? Co czuła w jednej z najważniejszych chwil w życiu kobiety? Urodzić dziecko w obozie koncentracyjnym i nie oszaleć, nie stracić nadziei, nie rzucić się na druty z bezsilności... „Do maja 1943 r. dzieci urodzone w obozie były w okrutny sposób mordowane: topiono je w beczułce. Po każdym porodzie (...) dochodził do uszu położnic głośny bulgot i długo się niekiedy utrzymujący plusk wody. Wkrótce po tym matka mogła ujrzeć ciało swojego dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury” – zanotowała w Raporcie położnej z Oświęcimia obozowa położna Stanisława Leszczyńska. Nie było pieluch, środków opatrunkowych, przeciwbólowych ani dezynfekujących. Nie było nawet wody. Stanisława Leszczyńska podaje, że zbierała z kubków niewypite przez więźniarki resztki gorzkich ziół i w tych resztkach obmywała noworodki, a pępowinę odcinała zardzewiałymi nożyczkami.

Z dostępnych dokumentów wiemy, że w obozie Auschwitz-Birkenau urodziło się co najmniej 700 dzieci.

„Zamiast opatrunków miałam brudny koc, który aż trząsł się od wszy. Kobiety suszyły pieluszki na brzuchu lub udach – wieszanie ich w baraku karane było śmiercią”. Co zrobiła po porodzie Anna? – Mama chorowała 2 tygodnie, miała dużo mleka, choć nie wiadomo dlaczego, bo ważyła tylko 28 kg – mówi pani Stefania. – Więźniarki uszyły dla mnie jakieś ubranka z pasiaków. Gdy przyszło wyzwolenie obozu, mama wyniosła mnie, ukrytą w taborecie, który ciągnęła po śniegu, aż do Libiąża, a tam jacyś dobrzy ludzie udzielili nam schronienia. Potem ktoś zawiadomił tatę, ale on nie uwierzył! Wreszcie przyjechał i zabrał nas do domu. Zlecieli się wszyscy z okolicy, jakby jakiś cud się wydarzył... – mówi pani Stefania, a w jej oczach zapala się światło i rozjaśnia mroczne wspomnienia duszy, których nie sposób słuchać, a co dopiero nosić wdrukowane w ciało, serce i duszę. Patrzę na nią – żywy cud z Auschwitz. Leciutko drżą jej usta, a ja już nie wstydzę się płakać.

CZYTAJ DALEJ

Zajęcia feryjne w Muzeum Ziemi Wieluńskiej

2020-01-29 21:49

Zofia Białas

Przez dwa tygodnie ferii zimowych Muzeum Ziemi Wieluńskiej organizowało codziennie zajęcia dla dzieci i młodzieży. W poniedziałki, środy i piątki odbywały się one w Wieluniu a we wtorki i czwartki w ożarowskim dworze.

Tegoroczna oferta została przygotowana dla dzieci w różnym wieku. Były, więc warsztaty plastyczne, gry i zabawy, wycinanki, zajęcia teatralne i spotkania z archeologią. Dzieci wykonywały trójwymiarowa szopkę bożonarodzeniową, maski dla kolędników, kwiaty z bibuły, biżuterię miedzianą a nawet próbowały własnoręcznie rekonstruować gliniane naczynia. Były to nie tylko prace manualne. Głównym celem zajęć feryjnych jest nauka poprzez zabawę, dlatego każde spotkanie miało w sobie elementy edukacji, zarówno z dziedziny historii, archeologii czy też etnografii.

W zajęciach, zawsze o godzinie 10.00, Uczestniczyło łącznie 180 dzieci i 40 osób dorosłych.

Zajęcia w budynku Muzeum Ziemi Wieluńskiej w Wieluniu

13 stycznia, Dzień planszówek edukacyjnych w MZW

15 stycznia, Do szopy, hej pasterze! - zajęcia plastyczne

17 stycznia, Spotkanie z archeologią I - biżuteria miedziana

20 stycznia, Dziewięć twarzy wiljorzy wieluńskich – warsztaty

22 stycznia, Przywrócić blask - jak ratujemy zabytki. Zajęcia dydaktyczne

24 stycznia, Spotkanie z archeologią II - biżuteria cynowa

Zajęcia w Muzeum Wnętrz Dworskich w Ożarowie

14 stycznia, Warsztaty teatralne

16 stycznia, Herb szlachecki - zajęcia plastyczne

21 stycznia, Wycinanka z papieru - warsztaty

23 stycznia, Kwiaty z bibuły – warsztaty

Wszystkie zajęcia zostaną przez dzieci zapamiętane na długo.

Informacja i zdjęcia z Muzeum Ziemi Wieluńskiej i Muzeum Wnętrz Dworskich w Ożarowie

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję