„Czas to miłość”. Tak mawiał Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński. Dlatego też biorąc do serca słowa Prymasa Tysiąclecia, należy zastanowić się, czy na kilkanaście dni przed kolejnym już Bożym Narodzeniem w naszym życiu, potrafimy tę maksymę realizować. Czy rzeczywiście czas, który jest jednym z największych darów danym nam od Stwórcy, wypełniony jest miłością? Czy korzystamy z czasu po to, aby raczej kochać niż nienawidzić. Czy wreszcie nie żałujemy go innym?
W ostatnich kilku miesiącach uzewnętrzniło się kilka problemów, których wspólnym mianownikiem jest właśnie marnotrawienie czasu na wszystko, tylko nie na miłość. Tracimy czas na jałowe spory, atakowanie drugiego człowieka, wymyślanie teorii spiskowych i tworzenie podziałów. Czas zamiast być przestrzenią miłości, jawi się jako przestrzeń na wszystko, co jest jej przeciwieństwem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Mijający rok można określić mianem swoistych rekolekcji. Nigdy współczesny świat nie miał podobnej sposobności na zwolnienie tempa, zatrzymanie się i refleksję nad sensem tego wszystkiego, co się dzieje. Czas przestał na moment pędzić jak szalony, a hałas chwilowo ucichł. W takiej atmosferze przebiegły Święta Wielkanocne, jednak czy dzisiaj z tych doświadczeń coś nam jeszcze zostało?
Reklama
Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzące święta sytuacja będzie pozornie lepsza niż na wiosnę (mam na myśli wyłącznie skalę restrykcji). Przede wszystkim już nie będziemy zmuszeni uczestniczyć w świątecznych Mszach Świętych tylko poprzez transmisje telewizyjne czy internetowe, tylko będziemy mogli pójść fizycznie do kościołów i w pełni korzystać z owoców liturgii. Jednak czy ten czas „covidowych rekolekcji” sprawił, że bardziej kochamy Boga i ludzi niż przedtem?
Szczególnie bolesne jest obserwowanie tego, że tytułowe zdanie bywa lekceważone także w samym Kościele. Zamiast wykorzystywać każdą chwilę życia, aby głosić Chrystusa, a więc Źródło największej miłości, niektórzy kościelni politykierzy zajmują się sobą, toczą wojenki i swoje widzimisię wysuwają na pierwszy plan. Czyżby zapomnieli, że „potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał”? Dlaczego niektórzy, celowo bądź nie, po kolei wyciągają z niewidzialnej budowli Kościoła cegiełki takie jak dogmaty, posłuszeństwo papieżowi, czy Tradycja? Oczywiście, że podstawowym fundamentem i gwarantem trwałości Kościoła jest Chrystus, ale uderzanie we wymienione „pewniki” zadaje poważne rany, przede wszystkim na polu jedności.
Boże Narodzenie to święta wyjątkowe z tego powodu, że doskonały Bóg postanawia przyjść na świat jako człowiek. On wychodzi z inicjatywą, my nie musimy za Nim „ganiać”. Benedykt XVI powie, że „Bóg czyni siebie bezbronnym dzieckiem, aby przezwyciężyć pychę, przemoc, ludzką żądzę posiadania”. Bóg schodzi z tronu, przychodzi na świat w stajni dla zwierząt, bo chce pokazać, że jest Sługą, a przez to, że Sługą, to równocześnie najlepszym Królem.
Dzisiaj, w Niedzielę Gaudete nabierzmy jednak radości z tego, że Pan blisko jest. Tej radości nikt i nic nie jest w stanie zburzyć, bo nie pochodzi ona od świata, ale od Boga. Nie traćmy czasu na bzdury, lecz po prostu kochajmy bardziej.
