Reklama

Dzień Dziecka

W Hajnówce, w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego dzień 1 czerwca był dniem wyjątkowym. Grupa młodych ludzi z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży oraz Ruchu Światło-Życie na czele z ks. Andrzejem Lubowickim zorganizowała najmłodszym mieszkańcom miasta wiele atrakcji z okazji Dnia Dziecka.

Zaczęło się bardzo zwyczajnie. W okresie świąt Wielkanocnych z ks. Andrzejem nawiązaliśmy znajomość z Markiem Antoniukiem - dyrektorem Ośrodka Sportu i Rekreacji w Hajnówce. Z czasem na jednym z zebrań Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży padła propozycja zorganizowania imprezy dla dzieci na terenie miasta. Na początku nie wiedzieliśmy, jaki to miałoby mieć kształt. Na kolejnych zebraniach padały różne pomysły. Najważniejsza jednak okazała się decyzja o podjęciu współpracy z p. Markiem i wspólnego działania.

Taki był początek - długi, żmudny... ale jakoś poszło. Z czasem okazało się, że realizacja naszego planu zaczęła nabierać coraz większych obrotów. Z nadejściem maja podjęta inicjatywa zaczęła się materializować, a plan nabrał konkretnego kształtu.

- W połowie maja wszystko nabrało takiego rozpędu, że obawiałem się jaki będzie tego finał, co z tego wyniknie - wspomina już po wszystkim ks. Andrzej.

Jako pierwszy punkt programu - Eucharystia. Od niej zaczęły swoje święto dzieci z parafii. Zgromadzone na Mszy św. o godz. 9.00 dzieci usłyszały z ust proboszcza, ks. Mariana Świerszczyńskiego, że są ważne, bardzo ważne, ba... najważniejsze! Dlaczego? Bo to właśnie dzieci postawił Chrystus za przykład dorosłym, bo to właśnie od nich dorośli powinni uczyć się prostoty, szczerości, ufności oraz spontanicznej miłości, bo jeżeli nie staną się jak dzieci, nie wejdą do królestwa niebieskiego!!! Zabrzmiało to poważnie - dzieci przykładem dla swoich tatusiów i mam - takie przesłanie na pewno podobało się maluchom.

Po wspólnej modlitwie przyszedł czas na atrakcje, a one czekały na maluchów na terenie Hajnowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Już od godz. 10.00 trwał na stadionie mityng sportowy przygotowany przez pracowników ośrodka, w którym dzieci i młodzież brały udział, sprawdzając swoje umiejętności w różnego rodzaju konkurencjach sportowych.

Około godz. 12.00 na murawę stadionu wybiegły dwie drużyny piłkarzy. Pierwszą reprezentowała Hajnowska Komenda Policji, którą wspierali policjanci z Białegostoku; druga - to drużyna kleryków Wyższego Seminarium Duchownego w Drohiczynie - mistrzowie Europy - wzmocniona przez miejscowych wikariuszy - ks. Zbyszka z parafii św. Cyryla i Metodego oraz ks. Jana i ks. Andrzeja z parafii Podwyższenia Krzyża Świętego.

Z tego, co udało mi się podsłuchać po meczu, to obie drużyny były zadowolone ze spotkania. A sędziowie nie ukrywali, że ten mecz był bardzo dobrym sportowym widowiskiem. "Walka była zacięta, ale bez fauli i złośliwej gry" - wspomina jeden z policjantów.

Robert Grzybowski - dziekan kleryków: "To było bardzo przyjemne spotkanie. Trafiliśmy na dobrych, jak na nas, przeciwników. Cieszymy się. Pewnie technicznie byliśmy słabsi, natomiast policjantom pod koniec meczu chyba trochę sił zabrakło. Mimo to w ostatniej minucie wcisnęli nam ostatniego gola. Takie spotkania są dla nas, kleryków, okazją aby udowodnić innym, że przygotowując się do kapłaństwa pozostajemy ciągle normalnymi ludźmi - uprawiamy sport, normalnie się odzywamy, normalnie zachowujemy. Niektórzy myślą, że księża czy klerycy to jacyś dziwacy, ludzie z innej planety. A to nieprawda. Taki mecz może sprawić, że zmienią zdanie".

Mecz zakończył się remisem, co zaskoczyło nie tylko mnie, ale i resztę przyjaciół, z którymi organizowaliśmy tę imprezę. Przewidzieliśmy jednego zwycięzcę i jedną nagrodę, a tu okazało się, że wymaga ona podzielenia. Dobrze, że nasza nagroda nie miała trwałej formy. Nagrodą był sękaczufundowany przez PSS "Społem" w Hajnówce i dał się z łatwością przekroić na pół.

A po meczu...

...po meczu wraz z młodzieżą wkroczyliśmy do akcji. Na zielonym terenie wokół basenu zorganizowaliśmy szereg stanowisk, proponując najmłodszym wspólną zabawę. Były kręgle, robienie pieczątek z ziemniaka, rzuty lotką do tarczy i piłeczkami do celu, malowanie farbami twarzy i plakatów, przeciąganie liny, tzw. salon fryzjerski, ważenie, loteria, ognisko, kiełbaski i całe mnóstwo słodyczy w formie nagród.

Przed imprezą miałem obawy czy to wszystko wypali, w końcu to było pierwsze na tak wielką skalę zorganizowane przez nas przedsięwzięcie. Nie wiedzieliśmy, jakie będzie zainteresowanie ze strony najmłodszych mieszkańców naszego miasta. Najbardziej baliśmy się czy będą oni chcieli uczestniczyć w proponowanych przez nas zabawach, bo przecież oglądnąć mecz może każdy, ale czy ktoś da sobie wymalować twarz? Obawy z resztą nie były tylko z mojej strony: Agnieszka z KSM: "Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej imprezy. Miałam wątpliwości czy to wszystko wypali. Uważałam, że to raczej nie wyjdzie, ale bardzo się myliłam. Wyszło rewelacyjnie".

Kasia - KSM: "Podobnie jak Agnieszka myślałam, że impreza się nie uda. Sądziłam, że na coś organizowanego przez Kościół niewiele osób przyjdzie. Gdy przyszłam rano do kościoła na Mszę św. i zobaczyłam garstkę dzieci, pomyślałam sobie, że to będzie klapa. Później jednak zmieniłam zdanie. Do OSiR-u przyszło dużo dzieci i, co ważne, przyszli z rodzicami. Było super".

I tak właśnie było, było super. Frekwencja naprawdę nas zaskoczyła. Przyszło bardzo dużo dzieci, a co ciekawe - razem z nimi przyszli rodzice. Czasami nawet brali udział razem ze swoimi dziećmi w niektórych zabawach. Im bardziej impreza się rozkręcała tym bardziej zacząłem zapominać o swoich wcześniejszych obawach. Byłem przez cały czas wśród dzieci i widząc ich radosne twarze kiedy obdarowywaliśmy je drobnymi upominkami, cieszyłem się razem z nimi. Wkładaliśmy z przyjaciółmi wiele wysiłku aby wszystko wyszło jak trzeba, a roboty było co nie miara.

Agnieszka - KSM: "Razem z Kaśką ważyłyśmy ludzi. Miałyśmy taką starą, brzydką wagę. Wydawało nam się, że nikt się u nas nie pojawi. A tymczasem Kaśka nie nadążała wypisywać karteczek z wagą, a ja o mało co nie straciłam głosu od mówienia - proszę bardzo - ważysz tyle i tyle, pan, pani - tyle".

Rafał z Oazy: "Ja zajmowałem się malowaniem twarzy. Myślałem, że będzie małe zainteresowanie, a okazało się, że było ogromne. Bawiłem się przy tym wspaniale. Sam też się wymalowałem. Było ekstra".

Krzysiek - Oaza: "Mnie wymalowali jako pierwszego. Moja rola na imprezie to bieganie między różnymi punktami - coś przynieść - coś załatwić - worek na śmieci - napis, czyli szyld na stoisko... Bardzo szybko skończyły się ´fryzjerkom´ frotki i trzeba było odnowić zapasy. Z wymalowaną twarzą biegałem po sklepach i szukałem gumek do włosów. Bez powodzenia. Ale innym się udało".

Danusia - Oaza: "Ja robiłam wianki; właściwe pomagałam robić, bo dzieci chciały robić same. Bardzo mi się podobało, że mamy plotły wianki razem z dziećmi. Przypomniały sobie młode lata. To bardzo ważna sprawa - ta impreza połączyła dzieci i rodziców".

Kiedy tak kręciłem się po tym całym zielonym terenie ośrodka, ogłaszając przez mikrofon wszystkim różnego rodzaju informacje, gdzie, co i jak (bo taka była moja rola na imprezie - prowadzenie jej), wszędzie widziałem kolejki. Czy to do "fryzjera", czy np. do tarczy z lotkami. Długość tych kolejek budziła zdziwienie nie tylko moje, ale całej naszej ekipy. Tłumy dzieciaków chciały sobie postawić włosy na żel, upleść różnego rodzaju warkoczyki, prawie każdy chciał mieć coś namalowanego na policzku, czasem nawet na ręku. Pamiętam te krzyczące dzieciaki: ja chcę kwiatka, ja serduszko, ja motyla...

Jedną z konkurencji, jaką zorganizowaliśmy, było malowanie farbami plakatów o dowolnej tematyce. Plakaty wieszaliśmy na ogrodzeniu basenu. Kiedy było już ich tam mnóstwo, a przy każdym z nich stał mały twórca dumny ze swojej pracy, ogłosiłem rozstrzygnięcie konkursu na najładniejszy plakat. Wraz z koleżankami oglądnęliśmy wszystkie prace, na których podziwialiśmy piękne motyle, kwiaty, różnie postrzeganą przyrodę...

Oczywiście nie zabrakło też bohaterów bajek. Stwierdziliśmy, że ciężko jest nagrodzić tylko jedną pracę. Wybraliśmy więc dziesięć, które nagrodziliśmy biletem do kina, a resztę drobniejszymi upominkami.

W trakcie naszego pikniku, przy ogrodzeniu ośrodka płonęły trzy ogromne ogniska, na których można było upiec sobie darmową kiełbaskę. Pamiętam, jak ogłosiłem, że stoisko z wydawaniem kiełbasek jest już otwarte i po chwili zauważyłem, że nie ustawia się koło niego kolejka tak jak przy innych stanowiskach. Problem był jeden, ludzie nie wiedzieli, że kiełbaski są za darmo. Dopiero, kiedy to ogłosiłem kolejka ustawiła się od razu. "Było to dla nich wielkim, ale miłym zaskoczeniem" - stwierdziła Monika.

Kiedy zorganizowane przez nas zabawy dobiegły końca przyszedł czas na muzyczną stronę naszego pikniku. Około godz. 16.00 na muzyczną scenę Ośrodka Sportu i Rekreacji jako pierwsza weszła parafialna schola "Perełki". Dzieci zaprezentowały się w specjalnie przygotowanym na tę okazję repertuarze. Siostra Sylwia, która prowadzi tę grupę, dba o to, aby najmłodsi aktywnie włączali się w życie naszej parafii. " Perełki" swoim pięknym śpiewem przekazały iskrę radości dzieciom z naszego miasta. Po "Perełkach" na scenie pokazał się zespół klerycki Wyższego Seminarium Duchownego w Drohiczynie.

Piotr - basista: "Nasz zespół istnieje od pół roku. Składa się z sześciu osób, które przed wstąpieniem do seminarium miały już kontakt z muzyką. Liderem zespołu jest Marcin, który gra na klawiszach - dziś ze względów zdrowotnych nieobecny; mamy też dwóch gitarzystów - Jacka i Sebastiana. Na perkusji gra Mariusz, a wokalistą jest Łukasz. Gramy przede wszystkim piosenki oazowe i pielgrzymkowe w naszych opracowaniach. Do Hajnówki zaprosił nas ks. Andrzej z nadzieją ożywienia wspólnoty parafialnej".

Po koncercie zespołu kleryckiego nastał czas na występ " gwiazd" naszego pikniku, afrykańskiego zespołu "The Sakala Brothers" .

Ks. Andrzej: "Gdy niespodzianie pojawił się w naszej parafii zespół ´The Sakala Brothers´ złożony z czarnoskórych mężczyzn, pomyśleliśmy, że dobrze byłoby, gdyby wystąpił na imprezie z okazji Dnia Dziecka. Z tym jednak wiązały się spore koszty. Trzeba było znaleźć sponsorów - ale przy odpowiedniej reklamie, pomocy Bożej i ks. Zbyszka, jakoś się udało. Właśnie tak było, po raz pierwszy 22 maja w naszej parafii czarnoskórzy muzycy podczas wieczornej Mszy św. zaprezentowali swoje muzyczne umiejętności". Zaskoczyli nas swoim przybyciem. Pojawili się na prezbiterium, wywołując żywe poruszenie wśród dzieci obchodzących właśnie Biały Tydzień. Przywitały ich pełne wyczekiwania spojrzenia starszej społeczności. "Hebanowi mężczyźni, obdarzeni głosem o pięknym brzmieniu, wnieśli do naszej świątyni aurę egzotyki oraz wiele spontanicznej radości, śpiewając podczas Mszy św." - wspomina jedna z parafianek.

Zambijski zespół muzyków "The Sakala Brothers" tworzą ludzie emanujący dobrem, pełni wewnętrznej potrzeby obdarzania uśmiechem. " Śpiewanie - jak mówią - to nasz zawód i powołanie, i misja do świata" . "The Sakala Brothers" przyjechali do Polski na zaproszenie Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie. Kontakt z nimi nawiązany został poprzez Księży Salezjan pracujących na misji w Zambii. Przyjechali do Polski na 3 miesiące. Niedawno nagrali płytę wspólnie z polskimi artystami. "The Sakala Brothers" jest bardzo popularny w Zambii. Do tej pory nagrał 3 płyty. Ostatnia, zatytułowana Sandra, jest obecnie najbardziej znaną płytą w Północnej Afryce. Ich muzyka to pozytywne przesłanie do świata. Śpiewają o życiu rodzinnym, moralnym, o dobroci, o potrzebie wyboru wyższych wartości, które ludzie tak łatwo zatracają. Są też utwory religijne, gdzie zwracają się do Boga, mówią o swojej wierze, o pięknie chrześcijaństwa. Wykonują tradycyjną afrykańską muzykę; sami też wiele komponują.

Potem, kiedy już padła idea zaproszenia ich na koncert z okazji Dnia Dziecka, zaprezentowali nam się w całkiem innym repertuarze. Wtedy to właśnie nastrojową muzykę zastąpiły gorące afrykańskie rytmy, które rozgrzały hajnowską publiczność. W nawiązaniu kontaktu muzyków z publicznością pomagała s. Angelika, która wystąpiła w roli tłumacza swoich afrykańskich przyjaciół.

Po koncercie można było kupić nagrane w Polsce płyty i kasety zespołu, a także zdobyć autografy, z czego dzieci i młodzież chętnie skorzystały. I tak nasza impreza dobiegła końca. Zostało nam już tylko sprzątanie...

Po całej akcji poprosiłem o opinię o współpracy naszych współorganizatorów:

Zenon Czapla: "Moje spostrzeżenia? Impreza wypadła bardzo dobrze. Młodzież sprawdziła się doskonale. Cała obsługa ośrodka jest ze współpracy z nią zadowolona. My obsługiwaliśmy w jednym czasie dwie imprezy - drugą w amfiteatrze. Gdy potrzebowaliśmy pomocy wystarczyło słowo i już było zrobione. Po imprezie słyszałem wiele opinii - wszystkie pozytywne. Za rok trzeba to powtórzyć".

Marek Hanula: "Co było nie tak? To było wyśmienicie zorganizowane. Trzeba ich pochwalić. Krojenie kiełbasek, wydawanie i cała reszta - wszystko szło. Panowali nad wszystkim. Zupełnie inna młodzież dzisiejszej nocy wyrwała nam kratę z okna i ukradła komputer. Dlatego trzeba organizować takie imprezy, trzeba młodych zająć, odciągnąć od złego... A co jeszcze warte podkreślenia: Kiedy ekipą wróciliśmy z amfiteatru zauważyliśmy, że kilka osób wzięło worki i sprzątało po całej imprezie. To świadczy, że wiedzą, po co przyszli i że czują co trzeba zrobić" .

Tak mimo zmęczenia, jakie mieliśmy wyrysowane na twarzach wiedzieliśmy, iż sprawę trzeba załatwić do końca. Więc wzięliśmy się za sprzątanie. Ten dzień dał mi dużo do myślenia. Zauważyłem, iż bardzo zżyliśmy się z młodzieżą z Ruchu Światło-Życie, co wcześniej było ciężkie do zrealizowania. Prosząc ich o pomoc w zorganizowaniu tego dnia pełnego radości, a potem poprzez wspólną pracę przełamaliśmy dzieląca nas barierę. Dzisiaj już wiem, iż mogę na nich liczyć organizując podobne akcje, które będziemy się starali wraz ze Stowarzyszeniem podejmować.

Agnieszka z KSM: "Przed tą imprezą nasze Stowarzyszenie nie działało wspólnie z Ruchem Światło-Życie. Stanowiliśmy dwie odrębne grupy. A teraz - myślę - zgraliśmy się. To była nasza wspólna impreza. Mogliśmy coś zrobić razem, pomóc sobie wzajemnie. Sądzę, że jesteśmy na dobrej drodze. Mamy nadzieję, że to zaowocuje. Już witamy się inaczej - szczerze, spontanicznie. Kiedyś to było sztywne i sztuczne. Teraz staliśmy się sobie bliżsi, poznaliśmy swoje imiona".

Ks. Andrzej: "Jako duszpasterz młodzieży obserwuję, że potrafi się ona zjednoczyć w akcjach na rzecz drugiego człowieka. Znikają bariery, bo najważniejsze jest dać z siebie wszystko. Mimo wysokich wymagań, które im postawiłem, a może dzięki tym wymaganiom, odczuwają wielką radość z dobrze wykonanego zadania".

Danusia: "Tego dnia byłam dla innych. Nie przesiedziałam całej soboty przed telewizorem i nie zmarnowałam czasu. Sama na tym skorzystałam. Mam ogromną satysfakcję, że byłam dla innych, a inni byli dla mnie. To jest bardzo ważne".

Agnieszka z KSM: "Wróciłam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Coś dla kogoś zrobiłam i ten ktoś był zadowolony".

Ks. Andrzej: "Chodziłem za tym wszystkim i się nachodziłem. Wieczorem miałem spuchnięte nogi. Cieszę się, że było tak wielkie zainteresowanie, że tyle dzieci świetnie się bawiło, że młodzież jest taka zaangażowana".

Ale cóż z naszej pracy i naszego zaangażowania gdyby nie pomoc Pana Boga. Dzień wcześniej, przed akcją, w piątkowy wieczór zebraliśmy się, jak co tydzień na spotkaniu modlitewnym dla młodzieży. Spotkanie to poświęciliśmy modlitwie w intencji organizowanej przez nas imprezy. Wszystko omodliliśmy, wszystko ustaliliśmy z Panem Bogiem, dlatego nam wszystko wyszło.

"Budowaliśmy tę imprezę nie tylko po ludzku. Pamiętam jak powiedziałem młodzieży, że Dzień Dziecka rozpoczynamy od Mszy św. Kto może, to powinien przyjść na godz. 9.30 razem z dziećmi, a kto będzie w tym czasie zajęty może przyjść na Mszę św. o godz. 6.30. Byłem zaskoczony, gdy wczesnym rankiem pojawiła się w kościele ponad 10-osobowa grupa młodzieży. Prosiłem też o modlitwę w intencji powodzenia naszej imprezy mojego kolegę - kleryka. Polecił nas opiece św. Faustyny i obiecał, że o godz. 15.00 odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Gdy o godz. 15.00 zaczął kropić deszcz - przez moment zwątpiłem. Ale gdy po kilkunastu minutach niebo się rozpogodziło odetchnąłem z ulgą. Później dowiedziałem się, że mój przyjaciel zaczął odmawiać Koronkę, z przyczyn niezależnych od siebie, z pewnym opóźnieniem. Dzięki Bożej Opatrzności pogoda nie popsuła nam zabawy. Dookoła Hajnówki padało, nas tylko postraszyło" - wspomina już po wszystkim z uśmiechem na twarzy ks. Andrzej Lubowicki.

Bardzo się cieszę, że wszystko wyszło, że impreza cieszyła się tak wielkim zainteresowaniem. Organizując takie akcje, chcemy ukazywać innym możliwość normalnego życia.

Jako Stowarzyszenie istniejemy w parafii już parę lat ( obszerniejszy artykuł o nas znalazł się w Niedzieli nr 1 (368)/2002) . Staramy się, aby nasza działalność była widoczna nie tylko w parafii, ale i na terenie naszego miasta. Podejmując się różnych wyzwań staramy się odnajdować w teraźniejszym świecie. Na przyszłość mamy wiele planów, chcemy się coraz bardziej rozwijać, podejmować walkę z problemami współczesnej młodzieży, i mam nadzieję, że z Bożą pomocą wszystko nam się uda, tak jak udała nam się opisana przez mnie powyżej akcja.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Relacje między dwoma XX-wiecznymi świętymi mistykami: Janem Pawłem II i Ojcem Pio

2020-09-23 07:50

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

O. Pio

Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Krakowska

Relacje między dwoma XX-wiecznymi świętymi mistykami: Janem Pawłem II i Ojcem Pio. Rozmawiałem o tym z Stefano Campanellą, dyrektorem telewizji Padre Pio TV, płodnym pisarzem, autorem m.in. książek o Papieżu Polaku i Kapucynie z Gargano.

- Czy mógłby pan wyjaśnić, dlaczego możemy mówić o szczególnej relacji Karola Wojtyły z Ojcem Pio? Głównie mówi się tylko o listach pisanych przez Wojtyłę do ​​Ojca Pio...

Copyright Archiwum "Voce di Padre Pio

Kard. Karol Wojtyła z grupą kapłanów w San Giovanni Rotondo

Kard. Karol Wojtyła z grupą kapłanów w San Giovanni Rotondo

- To prawda, wspominane są z reguły co najmniej trzy listy napisane przez Wojtyłę do Ojca Pio, które związane są z dwoma cudami dokonanymi za wstawiennictwem padre Pio: uzdrowienie dr Wandy Półtawskiej oraz syna prawnika z Krakowa.

- Kard. Deskur był świadkiem szczególnych więzi między Janem Pawłem II a Ojcem Pio, dwóch postaci, które odegrały wyjątkową rolę w historii Kościoła, tak różnych, a jednocześnie podobnych do siebie. Rozmawiał pan na ten temat z kard. Deskurem...

- Tak. 30 stycznia 2004 r. miałem zaszczyt zostać przyjęty w Watykanie przez kard. Deskura, aby porozmawiać o relacjach między Janem Pawłem II i Ojcem Pio. Kardynał był bezpośrednim świadkiem niektórych wydarzeń, które łączą Papieża i Padre Pio. Był także osobą, która wysłuchała wielu zwierzeń Jana Pawła II, ponieważ był z nim związany solidną i długą przyjaźnią, która rozpoczęła się w seminarium w Krakowie. Deskur powiedział mi, że koledzy Karola Wojtyły z seminarium już od pierwszych lat postrzegali go jako wyjątkowego człowieka - odkryli, że ma dar „modlitwy natchnionej”. „W godzinie medytacji wszyscy kręcili się, obserwowali, kto wchodzi, kto wychodzi. Wojtyła był jedynym, który nigdy się nie ruszał, całkowicie skupiony na modlitwie” – powiedział mi kardynał. Ale przy tej okazji ujawnił mi również, że papież bardzo mało mówił na temat życia wewnętrznego i zawsze był „bardzo powściągliwy we wszystkim, co dotyczy jego życia duchowego”.

- Ten sposób „zanurzenia się” w głębokim dialogu z Bogiem charakteryzował również Ojca Pio – w tym byli podobni do siebie. Dwaj święci, dwaj mistycy. Ale Wojtyła, już jako Jan Paweł II, w dalszym ciągu przeżywał swoją wiarę w sposób mistyczny...

- Ci, którzy przeczytali „Positio” (zbiór dokumentów wykorzystywanych w procesie) procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II, poinformowali mnie również, że co najmniej dwóch świadków zadeklarowało, że widzieli papieża w tak intensywnej modlitwie, że wydawało się to dialogiem z kimś niewidzialnym, który był przed nim: raz miało to miejsce w Ogrodach Watykańskich, a drugi przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej.

- Po okresie seminaryjnym drogi ks. Wojtyły i ks. Deskura rozeszły się. Spotkali się ponownie w Rzymie w okresie Soboru Watykańskiego II. I to właśnie w tamtych latach miały miejsce wydarzenia, które łączą Wojtyłę, Ojca Pio i Deskura. Czy mógłby je pan przypomnieć?

- Tak, ponieważ w listopadzie 1962 r. abp Wojtyła, który był w Rzymie, dostał wiadomość o ciężkiej chorobie Wandy Półtawskiej, jego duchowej córki i przyjaciółki (mówili do siebie: brat i siostra). Wtedy Wojtyła przypomniał sobie kapucyna spotkanego w 1948 r. w czasie rzymskich studiów i postanowił prosić tego Bożego kapłana o modlitwę za przyjaciółkę. I to w tym momencie pojawił się ks. prał. Deskur, który pomógł mu nawiązać korespondencję z Ojcem Pio.

17 listopada 1962 r. Wojtyła napisał list, który Deskur zobowiązał się wysłać do San Giovanni Rotondo za pośrednictwem urzędnika z Sekretariatu Stanu, kom. Angelo Battisti, który był duchowym synem Ojca Pio i często go odwiedzał. Battisti osobiście zaniósł list Ojcu Pio – gdy mu go przeczytano wypowiedział słynne zdanie: „Jemu nie można odmówić”.

Copyright Archiwum "Voce di Padre Pio

List kard. Karola Wojtyły do o. Pio

List kard. Karola  Wojtyły do o. Pio

Kilka dni później, w ramach przygotowań do operacji usunięcia guza, Półtawska została poddana nowym badaniom, które wykazały, że guz całkowicie zniknął. Wiadomość ta natychmiast dotarła do bp. Wojtyły, który czuł się zobowiązany podziękować Ojcu Pio - 28 listopada napisał drugi list, który za pośrednictwem ks. Deskura i kom. Battisti został dostarczony Ojcu Pio, który przy tej okazji powiedział: „Bogu niech będą dzięki!” I to właśnie wtedy wręczył oba listy kom. Battisti, dodając: „Zatrzymaj je, bo pewnego dnia staną się ważne”. Battisti schował je do szuflady i zapomniał o nich. Przypadkowo odnalazł je w tym samym roku i w tym samym miesiącu, w którym ich autor został papieżem.

- Były też inne epizody?

- Tak, jesienią 1974 r. kard. Wojtyła znowu był w Rzymie i gdy zbliżała się rocznica jego święceń kapłańskich (1 listopada 1946 r.), postanowił uczcić tę rocznicę właśnie w San Giovanni Rotondo i odprawić Mszę św. przy grobie Ojca Pio.

Copyright Archiwum "Voce di Padre Pio

Kard. Karol Wojtyła z grupą kapłanów w San Giovanni Rotondo

Kard. Karol Wojtyła z grupą kapłanów w San Giovanni Rotondo

- A ks. prał. Deskur był tym, który często organizował podróże kardynała po Włoszech i towarzyszył mu. To on zorganizował też wyjazd do Apulii.

- Również w tym przypadku ks. prał. Deskur odegrał ważną rolę. Zadzwonił do inż. Pietro Gasparri, który był jednym z kierowników „Casa Sollievo della Sofferenza” („Dom Ulgi w Cierpieniu”, szpital w San Giovanni Rotondo założony na życzenie Ojca Pio, który zgodnie z jego wolą został przekazany Stolicy Apostolskiej – przyp. W.R.). Gasparri został wysłany przez Watykan do San Giovanni Rotondo, aby zająć się niektórymi aspektami zarządzania szpitalem, dlatego Deskur, jako urzędnik Stolicy Apostolskiej, zwrócił się bezpośrednio do niego (jako ciekawostkę dodam, że inż. Gasparri był bratankiem kard. Gasparri, sekretarza stanu Benedykta XV i Piusa XI).

Ks. prał. Deskur poinformował go o przybyciu polskich księży, prosząc o zorganizowanie ich pobytu oraz powiadomienie braci z klasztoru i władz świeckich. Inż. Gasparri zrobił to z należytą starannością. Jednak ze względu na szereg perypetii (1 listopada był szczególnie deszczowy) grupa składająca się z kard. Wojtyły, ks. prał. Deskura i 6 innych polskich księży przybyła bardzo późno wieczorem, około godziny 21. Jednak mimo późnej pory polską delegację przywitali przedstawiciele władz zakonnych i miejskich. Oczywiście kard. Wojtyła nie mógł odprawić Mszy św. przy grobie Ojca Pio w dniu swych święceń, chociaż tego tak bardzo pragnął. Zrobił to następnego dnia, pozostając w San Giovanni Rotondo do rana 3 listopada. Udał się tylko z krótką wizytą do sanktuarium w miejscowości Monte Sant’Angelo. Podczas krótkich homilii wygłaszanych w czasie Eucharystii miał okazję wyrazić cały swój podziw dla kapucyna z San Giovanni Rotondo.

- Dzięki kard. Deskurowi odkrył pan wiele niezwykłych faktów, które mówią o szczególnej relacji Wojtyły z Ojcem Pio, a także o postaci samego Jana Pawła II...

- Kard. Deskur powiedział mi tylko część tego, co wiedział, ponieważ, jak mi wyjaśnił, „o wielu rzeczach dowiedziałem się podczas spowiedzi i nie mogę ich ujawnić”.

Wśród faktów, które mi opowiedział, były rzeczy bardzo ważne. Pewnego dnia bp Michalik poprosił papieża, by powiedział mu coś więcej na temat jego związków z Ojcem Pio. Jan Paweł II wyznał wtedy, że od samego początku była to szczególna relacja.

Kiedy w pierwszych dniach kwietnia 1948 r., jako młody ksiądz, Wojtyła udał się do San Giovanni Rotondo, kapucyn wyjawił mu to, z czego nie zwierzył się nigdy nikomu, nawet spowiednikom, a mianowicie, że oprócz pięciu ran stygmatów i drugiej rany na piersi miał również ranę na plecach, podobną do tej, która zrobiła się Jezusowi, gdy niósł krzyż (patibulum) w drodze na Kalwarię. Ta rana „najbardziej bolała”, ponieważ była „ropiejąca” i nigdy nie była „leczona przez lekarzy”.

Kard. Deskur opowiedział mi wiele innych faktów, ale nie mogłem wtedy nic więcej opublikować. Kiedy jednak Jan Paweł II został beatyfikowany, stwierdziłem, że mogę swobodnie podać coś więcej do publicznej wiadomości.

Dar „natchnionej modlitwy”, począwszy od seminarium, o czym już wcześniej mówiłem. Inny fakt związany jest z Fatimą.

W 1997 r. kard. Deskur udał się do Coimbry na polecenie Papieża, aby spotkać się z siostrą Łucją, jedną z trzech widzących z Fatimy, aby zapytać, czy akt zawierzenia ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi wraz ze wszystkimi biskupami świata został dokonany w sposób, w jaki chciała Madonna. Na zakończenie rozmowy, po zapewnieniu, że konsekracja odbyła się w odpowiedni sposób, kardynał zapytał zakonnicę, czy ma „przekazać Ojcu Świętemu jakąś wiadomość od Matki Bożej”, na co siostra Łucja odpowiedziała: „Nie trzeba, bo Madonna mówi do niego bezpośrednio”. Jest to kolejny dowód na mistyczne życie Jana Pawła II. Ale wszystkie te fakty pokazują również, jaką ważną rolę w życiu papieża odgrywał kard. Deskur.

CZYTAJ DALEJ

Zakończyła się kolejna tura rozmów liderów PiS ws. przyszłości Zjednoczonej Prawicy

2020-09-24 20:34

[ TEMATY ]

polityka

Adobe.Stock.pl

W czwartek po godz. 20 zakończyło się kolejne posiedzenie kierownictwa PiS w sprawie przyszłości Zjednoczonej Prawicy.

Dotyczyło ono oceny osiągniętego porozumienia w ramach Zjednoczonej Prawicy. Istotą tego porozumienia jest wola wspólnej i solidarnej pracy dla Polski - poinformowała w czwartek rzeczniczka PiS Anita Czerwińska.

W spotkaniu, które trwało ok. 3 godzin, uczestniczyli prezes PiS Jarosław Kaczyński, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier minister kultury Piotr Gliński, szef MON Mariusz Błaszczak, szef MSWiA Mariusz Kamiński, szef klubu PiS Ryszard Terlecki, wiceprezesi PiS Adam Lipiński oraz Antoni Macierewicz, b. marszałek Sejmu Marek Kuchciński.

Wiceminister obrony Marcin Ociepa z Porozumienia poinformował w czwartek w RMF FM, że członkowie Zjednoczonej Prawicy umówili się, żeby kontynuować rozmowy koalicyjne w piątek. (PAP)

ipa/ brw/ par/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję