Reklama

Kościół

Kard. Tamkevičius: w łagrze Mszę św. odprawiałem w futerale od okularów

Jutro Franciszek ustanowi kardynałem abp. Sigitasa Tamkevičiusa, legendarnego litewskiego opozycjonistę czasów komunizmu, tajnego jezuitę, więźnia łagrów, wydawcę „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie”, która była jednym z najbardziej znanych samizdatów w ZSRR. Kard. Tamkevičius jest jedynym kardynałem z Europy środkowo-wschodniej, który otrzyma biret na obecnym konsystorzu. Publikujemy przeprowadzony specjalnie z tej okazji wywiad z nim.

[ TEMATY ]

kardynał

KAI

abp. Sigitas Tamkevičius

abp. Sigitas Tamkevičius

Marcin Przeciszewski (KAI): Księże Kardynale, jak Ksiądz przyjął informację o birecie kardynalskim? Czym ta nominacja jest dla Księdza Arcybiskupa? Czy były jakieś sygnały wcześniej?

Kard. Sigitas Tamkevičius: Żadnych sygnałów, było to absolutne zaskoczenie. Mam 81 lat, i nie zabiegam o zaszczyty. Ale jeśli Pan Bóg chce, abym był kardynałem, to ma w tym plan - bardziej dla Kościoła na Litwie, niż dla mnie. Franciszek zapewne pragnie zwrócić uwagę światu na Kościół na Litwie, który jest Kościołem męczenników, przez ponad 50 lat prześladowanym. Ludzie wierzący, całe ich masy, byli poddawani represjom. Odważnie nieśli krzyż i przyjmowali męczeństwo. Tylko spośród księży - 360, czyli co trzeci, było więzionych bądź zesłanych. A spośród biskupów niemal wszyscy zostali aresztowani lub internowani. Zlikwidowano zakony. Nawet trudno jest podać pełną statystykę represji.

KAI: Życiorys Księdza Kardynała nadaje się na pasjonującą książkę, gdyż streszcza nie tylko osobistą drogę, ale ważny i dramatyczny fragment historii Kościoła na Litwie. Zacznijmy od powołania kapłańskiego i studiów w kowieńskim seminarium. Jak wyglądały studia w seminarium na terenie ZSRR, kontrolowanym przez władze komunistyczne?

- Kiedy przyszedłem na świat 7 listopada 1938 r. w wiosce Gudonys byłem bardzo słaby, a moje życie było zagrożone. Dlatego zostałem szybko ochrzczony, a mama ofiarowała mnie Najświętszej Maryi Pannie - z myślą, że jeśli dziecko przeżyje, to pragnie, aby zostało księdzem. Dowiedziałem się o tym znacznie później, gdyż mama zmarła gdy miałem 11 lat. Ale kiedy jeszcze żyła, pragnęła, abym był ministrantem. Służba przy ołtarzu miała duże znaczenie dla dojrzewania mojej wiary. Posługiwałem często ks. Altanasowi Skieltisowi, przełożonemu salezjanów litewskich, który po likwidacji zakonu ukrywał się przed prześladowaniami w naszej parafii. Jego przykład, to w jaki sposób się modlił i traktował nas, miał znaczenie dla mojej decyzji o kapłaństwie. Dawał mi książki o św. Janie Bosko. Po ich lekturze chciałem być podobny do Don Bosco i tak jak on pracować z młodzieżą. Po zdaniu matury w 1955 r. nie miałem wątpliwości i zapukałem do furty seminarium w Kownie.

- Było to jedno z dwóch katolickich seminariów duchownych działających na terytorium ZSRR. Jak to wyglądało?

- Czas bezpośrednio po śmierci Stalina był okresem kilkuletniej odwilży wobec Kościoła, nie było też otwartego werbowania kleryków do KGB. Później ostry antykościelny kurs wprowadził Nikita Chruszczow, sekretarz KPZR. Limit przyjęć kleryków – wyznaczany przez komunistów - wynosił kiedy studiowałem - 25. rocznie, a w późniejszych latach mniej.
- Po dwóch latach studiów zostałem wcielony do Armii Czerwonej i 3 lata spędziłem w „Stroj batalionie” (wojskowe bataliony budowlane). Pracowałem na Kaukazie przy wybrzeżu Morza Czarnego. Po powrocie zainteresowało się mną KGB. Spotkał się ze mną oficer KGB, zaznaczając na początku rozmowy, że muszę o niej zachować milczenie. Odpowiedziałem, że z natury jestem plotkarzem i poinformuję o niej mojego proboszcza oraz władze seminarium. Wówczas oficer wygłosił mi wykład z ”teologii moralnej” KGB, która zakazuje kogokolwiek informować o kontaktach ze służbami. Dowodził, że nie popełnię żadnego kłamstwa. A kiedy z tym się nie zgodziłem, zagroził, że jako ksiądz nie znajdę pracy w mieście i będę klepać biedę na najbardziej odległej prowincji. Odpowiedziałem, że nie chcę kariery i marzę o pracy na wsi. Wyprowadziłem go z równowagi. Sądząc, że coś ze mną nie jest w porządku, zrezygnował z nagabywania.
Obawiałem się, że nie zostanę dopuszczony do święceń, gdyż ci, co odmawiali współpracy z KGB, nie byli święceni. Jednak święcenia otrzymałem w 1962 r. Natychmiast potem znów zostałem wezwany przez KGB. Zaproponowano mi wyjazd do Rzymu na studia, ale pod warunkiem podpisania zgody na współpracę. Odpowiedziałem, że studia mnie nie interesują i chcę być zwykłym parafialnym księdzem. Wówczas zapewniono, że KGB wpłynie na biskupa, aby wyznaczył mnie do najlepszej parafii w Kownie, pod warunkiem zgody na dalsze rozmowy. Po raz kolejny powiedziałem: "NIE!". Usłyszałem, że jestem fanatykiem. Po pewnym czasie pracy w parafii w Simnie na zachodniej Litwie, nastąpiła kolejna próba werbunku, ale ta była już ostatnią. Potem zaczęły się pierwsze represje.

- Na jakim tle?

- Rozpocząłem pracę z młodzieżą i prowadziłem grupową katechizację, co w ZSRR było zabronione i zagrożone karą roku w łagrze. Wielu księży jechało za to na Syberię. Ponadto w 1969 r. byłem jednym z inicjatorów petycji 69 księży do biskupów, aby wystąpili do władz z prośbą o zwiększenie limitu przyjęć do kowieńskiego seminarium, gdyż limit ograniczono do pięciu. Petycję napisaliśmy na prośbę bp. Vincentasa Sladkevičiusa MIC (późniejszego kardynała). Przebywał on na zesłaniu na terytorium Litwy, w małej wiosce nad granicą łotewską i stamtąd w sposób tajny kierował Kościołem. W odpowiedzi na petycję władze nałożyły sankcje na mnie i ks. Jozuasa Zdebskisa. Na rok odebrano nam prawo do posługi kapłańskiej i przymusowo skierowano do fizycznej pracy przy melioracji. Miałem okazję do pooddychania świeżym powietrzem.

- Podejmuje Ksiądz Kardynał w tym czasie decyzję o wstąpieniu do jezuitów. Dlaczego? Jak wyglądała ich praca, skoro zakon został zlikwidowany?

- Decyzję podjąłem w 1968 r. Pod wrażeniem duchowości św. Ignacego z Loyoli pozostawałem już od czasów seminaryjnych. Należałem do tajnego koła kleryków, gdzie byliśmy formowani w duchu ignacjańskim, pod kierunkiem ks. Pranciškusa Masilionisa. Był słynnym kaznodzieją, ukrytym jezuitą. Był też założycielem zgromadzenia sióstr eucharystek, które na Litwie odegrały ważną rolę.
Innym ważnym motywem wstąpienia do jezuitów był brak zaufania do administratorów apostolskich, kierujących diecezjami, którzy musieli prowadzić dwuznaczną grę z komunistami. Jezuici byli od tego wolni, gdyż działali w podziemiu. Pracowali jako zwykli księża w parafiach, a o tym, że są zakonnikami wiedzieli jedynie wtajemniczeni. Natomiast po owocach ich pracy było widać, że mają duchowe wsparcie ze strony zakonu, czego ja też pragnąłem. Na Litwie było wówczas ok. 30 jezuitów. Kiedy otrzymałem informację, że przyjmują nowych kandydatów, na motocyklu pojechałem do ks. Jonasa Danyli, o którym wiedziałem, że jest przełożonym jezuitów. Wyraził zgodę, wyznaczył czas i miejsce 30-dniowych rekolekcji ignacjańskich. Odbyłem je podczas wakacji w malutkiej parafii Tilžė, nad jeziorem Drūkšiai, które graniczy z Białorusią. Dziś jest tam elektrownia atomowa.
Zbiegło się to z moją pracą przy melioracji, a jednocześnie dla mnie był to czas nowicjatu u jezuitów. Odbywałem go indywidualnie, pod kierunkiem utajnionego ojca duchowego. 15 sierpnia 1970 r. w święto Wniebowzięcia, złożyłem pierwsze śluby i zostałem jezuitą.

- W 1972 r. inicjuje Ksiądz wydawanie „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie”, jednego z najbardziej znanych czasopism dysydenckich w ZSRR. Jak zrodził się ten pomysł? W jaki sposób wydawana była Kronika, jak zbierane były informacje?

- Pracowałem wtedy na parafii Simnas w diecezji wyłkowyskiej. Miałem dobrego proboszcza, ks. Juozasa Matulevicziusa i dość dużo wolnego czasu. Spotykaliśmy się regularnie w grupie około 15 bardziej aktywnych księży: starszych i młodszych. Doszliśmy do wniosku, że potrzebne jest wydawnictwo, które budziłoby świadomość religijną oraz prezentowałoby prześladowania katolików. Nie było bowiem żadnej publikacji na ten temat.
Tak się złożyło, że w latach 1970 -1971 trzech księży zostało ukaranych więzieniem za prowadzenie katechizacji wśród dzieci: Antanas Szeszkeviczius, Juozas Zdebskis i Prosperas Bubnys. Postanowiliśmy informacje o ich procesie wydać w formie samizdatu. Chodziło nam o powołanie czasopisma zawierającego zarówno informacje jak i różne interesujące artykuły. Podjąłem się to robić wraz ze świeckim współpracownikiem Petrasem Plumpą, który też miał za sobą więzienie. Na tytuł wybraliśmy słowa: "Vivos voco" (Zwołuję żywych). Nawiązaliśmy do starożytnego hasła: „Vivos voco, mortuos plango” - „Żywych zwołuję, martwych opłakuję”, powtórzonego w zbiorze wierszy: „Šaukiu aš tautą” przez Bernardasa Brazdžionisa, znanego poetę litewskiego przebywającego na emigracji. Był on dla nas symbolem walki o wolność.
Z pierwszym numerem „Vivos voco" pojechałem do znajdującego się na zesłaniu biskupa Sladkevičiusa, chcąc uzyskać jego błogosławieństwo. Biskup przekartkował, zastanowił się, pochwalił pomysł i zaproponował nazwę: "Kronika". A to pewnie dlatego, że na stole leżało polskie podziemne czasopismo o takim tytule. Doradził, aby skoncentrować się na opisie bieżących wydarzeń kościelnych, także represji wobec katolików, z krótkim redakcyjnym komentarzem. W ten sposób przyszły nasz kardynał został ojcem chrzestnym "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie".
Po otrzymaniu błogosławieństwa, z przerobioną w świetle rad bp. Sladkevičiusa publikacją przybyłem do o. Jonasa Danyli SJ, który jako prowincjał jezuitów był moim bezpośrednim zwierzchnikiem. Wyraził wątpliwość czy uda mi się znaleźć materiały do następnych numerów, ale generalnie zgodził się na pomysł. Nigdy w jego pokoju nie rozmawialiśmy głośno, podejrzewając, że może być podsłuch. Pisaliśmy na kartkach.
Zawartość pierwszego numeru przepisał na maszynie w 7 egzemplarzach Petras Plumpa. Miał on format zeszytu o 50 stronach. W ten sposób w pierwszej połowie marca 1972 r., w pokoiku na plebani w Simnach, ujrzał światło dzienne pierwszy numer "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". Rozprowadziłem go wśród znajomych księży.
Kolejne pięć numerów zostało wydrukowanych na powielaczu w 100 egz. Po ich wydaniu doszliśmy do wniosku, że warto te informacje szmuglować na Zachód. Nie mieliśmy jednak kontaktów z litewską emigracją. Wiedziałem tylko, że w Chicago mają swoje czasopismo. Nawiązaliśmy więc kontakty z dysydentami moskiewskimi, przede wszystkim z Siergiejem Kowaliowem. Zawieźliśmy mu egzemplarz "Kroniki" z prośbą, aby przekazał go akredytowanym w Moskwie zagranicznym korespondentom.
Później do Moskwy zawoziliśmy dwa egzemplarze "Kroniki". Pierwszy był potrzebny moskiewskiej, wydawanej przez dysydentów "Kronice bieżących wydarzeń", której redaktorzy nasze materiały tłumaczyli na rosyjski i włączali do swego wydawnictwa, a drugi przekazywany był na Zachód. Podróże do Moskwy były bardzo niebezpieczne: w dowolnym miejscu można było wpaść w oko KGB i zostać zatrzymanym. Nie można było korzystać z samolotu, gdyż wymagano okazania paszportu. Równie ryzykowny był pociąg z Wilna do Moskwy. Pozostawało jedno wyjście: wsiąść do pociągu moskiewskiego, ale nie na Litwie. Ktoś z przyjaciół, np. ks. Alfonsas Svarinskas, jechał na Białoruś, a tam łapał auto-stop i tak docierał do Mińska. Tu kupował bilet i około godziny 20-tej wsiadał do pociągu, a wczesnym rankiem już był w Moskwie. Podróżowanie taką trasą wydawało się dość bezpieczne.
Zachodni korespondenci wysyłali „Kronikę” z Moskwy na Zachód, na ogół pocztą dyplomatyczną. W późniejszym okresie wysyłaliśmy „Kronikę” w postaci mikrofilmów, które przekazywaliśmy bezpośrednio z Litwy. Wykonywałem je za pomocą radzieckiego aparatu Zenit. Nauczono mnie robić zdjęcia kiedy byłem w Armii Czerwonej. Mikrofilmy w jakimś specjalnym opakowaniu (np. w formie prezentu z Litwy) przekazywaliśmy księżom lub siostrom zakonnym z zagranicy, którzy czasami się tu pojawiali.
W tej postaci „Kronika” trafiała do naszych emigrantów m. in. w USA. W Nowym Jorku był to ks. Kazimieras Pugevičius, który założył tam litewskie centrum informacyjne. Tłumaczyli kolejne numery „Kroniki” i przekazywali je ambasadom, Radiu Watykańskiemu, Głosowi Ameryki i innym mediom na Zachodzie. Mniej więcej po dwóch miesiącach od wydania kolejnego numeru, informacje te docierały z powrotem na terytorium ZSRR - za pośrednictwem Radia Watykańskiego i Głosu Ameryki. Były zagłuszane, ale udawało się je odbierać. Gorzej było ze słyszalnością Wolnej Europy.
Oprócz tego, inna grupa litewskich emigrantów wydawała „Kronikę” w formie książkowej, w języku litewskim, angielskim oraz hiszpańskim. Z Zachodu płynęła też pomoc. Otrzymywaliśmy środki, , m. in. od Kirche in Not, dzięki czemu wspomagaliśmy ludzi prześladowanych i ich rodziny.

- Ile numerów „Kroniki” zostało wydanych?

- W sumie ukazało się 81 numerów, każdy o objętości 70-80 stron. Pismo wychodziło od marca 1972 r. do marca 1989 r. z częstotliwością raz na dwa – trzy miesiące. W lapidarnej formie dokumentowało przypadki naruszania wolności sumienia i wyznania, publikowało relacje z procesów sądowych – nie tylko na terenie Republiki Litewskiej ale też na innych terenach ZSRR, relacjonowało też antykościelną politykę oświatową. Ponadto prezentowało ważniejsze wydarzenia diecezjalne. Tekstom informacyjnym towarzyszył komentarz redaktora naczelnego.
Pierwszym redaktorem naczelnym byłem ja, a po moim aresztowaniu w 1983 - ks. Jonas Boruta, również podziemny jezuita. Pismo działało dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu wielu współpracowników: księży, sióstr zakonnych i świeckich, którzy zbierali relacje, zajmowali się powielaniem i kolportażem. Do tego grona należeli ks. Juozas Zdebskis, ks. Alfonsas Svarinskas, Juozas Grażys, Vladas Lapienis, Povilas Buzas, Anastazas Janulis oraz zakonnice, głównie siostry eucharystki: s. Gerarda Elena Šuliauskaitė, Ona Vitkauskaite, Genovaite Navickaite, Ona Pranckunaite, Nijole Sadunaite, Bernadeta Maliszkaite, Ona Kavaliauskaite, Biruta Briliute.

- Jak to możliwe, że komuniści nie wykryli redakcji, nie namierzyli drukarni, gdzie drukowana była „Kronika” oraz nie wpadli na to, kto był jej redaktorem naczelnym?

- KGB w pewnym momencie namierzyło tych, którzy zajmowali się stroną techniczną i kolportażem. W 1974 r. odbył się proces 5 kolporterów „Kroniki”, a w następnym roku Nijolė Sadūnaitė. W mowie obronnej, którą opublikowaliśmy w "Kronice", powiedziała: „To jest najszczęśliwszy dzień mojego życia, ponieważ pracuję dla Kroniki Kościoła litewskiego, która walczy przeciw wszelkim fizycznym i duchowym prześladowaniom”. Skazana została na 3 lata łagru i 3 lata zesłania.
Obecnie, kiedy czytamy dokumenty KGB w archiwach, wynika z nich, że już w rok od rozpoczęcia wydawania „Kroniki”, KGB zorganizowała szeroko zakrojoną operację, polegającą na rewizjach w domach u około 50 osób podejrzewanych o współpracę z pismem. Podczas rewizji u mnie, znaleziono dwa wydrukowane numery „Kroniki”. A kiedy zapytali skąd mam te dwa numery, odpowiedziałem, że ktoś mi przyniósł, ale nie zdążyłem nawet przeczytać. Nie przechowywałem w domu ani matryc, ani rękopisów, co mogłoby stanowić dowód, że redaguję pismo. Mieliśmy zasadę, że kiedy numer został wydany, rękopisy paliliśmy w piecu.
Kronika wydawana była przez 18 lat. A mając na uwadze jak potężna struktura pracowała nad tym, aby ją rozpracować, to fakt, że istniała i rozwijała się, mogę interpretować wyłącznie w kategoriach cudu.

- Jednak w 1983 r. Ksiądz zostaje aresztowany i skazany na 6 lat łagrów i 4 lata zesłania. Pod jakimi zarzutami, jak wyglądał ten proces?

- Proces odbywał się w 1983 r. przed Sądem Najwyższym Republiki Litewskiej w Wilnie. Więziony byłem w jednoosobowej celi w podziemiach katowni KGB, w celi, którą w ubiegłym roku odwiedził papież Franciszek.
Nie postawiono mi zarzutu wydawania „Kroniki”, gdyż nie było na to dowodów. Motywem aresztowania była moja działalność w Katolickim Komitecie Obrony Praw Wierzących, powstałym w 1978 r. W odróżnieniu od „Kroniki” - która była całkowicie anonimowa - działalność Komitetu była jawna i wraz ze mną pod jego oświadczeniami podpisywało się pięciu księży. Spośród nich aresztowano mnie i ks. Svarinskasa. Oficjalnym zarzutem był udział w pracach Komitetu i wydanie 52 różnych dokumentów, między innymi zawierających petycje w obronie prześladowanych. Kolejnym zarzutem były moje homilie, w których otwarcie potępiałem ateizm. Starano mi się również udowodnić pracę nad „Kroniką”, np. dokonano analizy językowej artykułów, która wykazała, że co najmniej pięć ja napisałem. Do niczego się nie przyznałem. Wyrok wydano na postawie Kodeksu Karnego, który orzekał, że przestępstwem jest „szerzenie propagandy mającej na celu obalenie władzy radzieckiej”. Skazano mnie na 6 lat łagru i 4 lata zesłania.
Po wyroku natychmiast odwieziono mnie do łagru. Najpierw byłem przez 3 lata w łagrze nr 37 dla dysydentów w Permie. KGB spodziewało się, że po naszym aresztowaniu Kronika nie będzie już się ukazywać. Nie przestała jednak wychodzić, aczkolwiek tego nie wiedziałem. Dowiedziałem się, że „Kronika” istnieje od oficera śledczego, który – już po wyroku - odwiedził mnie w łagrze. W rozmowie, którą nazwał „towarzyską”, zapytał: "No teraz, tak między nami, powiedz, kto był naprawdę naczelnym redaktorem Kroniki? Odpowiedziałem: "Skoro redaktor został aresztowany i skazany, to Kronika chyba już nie wychodzi?" Odpowiedział: "Nie, niestety wychodzi nadal".
Po zakończeniu kary w Permie z powrotem przywieziono mnie do Wilna. Namawiano, abym napisał prośbę o ułaskawienie. Rozpoczynały się czasy pierestrojki i władze szukały możliwości uwolnienia więzionych. Wystarczyło podpisać zobowiązanie do przestrzegania prawa sowieckiego. Skoro jednak odmówiłem, to wysłano mnie do łagru nr 35 w Mordowii na Powołżu. Był to jeden z ostatnich łagrów dla więźniów politycznych.

- Proszę opowiedzieć o latach spędzonych w łagrze. Jak wyglądało tam życie, jak przebiegała posługa kapłańska, którą Ksiądz pełnił nielegalnie?

- Było tam mało katolików. Większość stanowili niewierzący, prawosławni oraz muzułmanie. Mszę św. zacząłem odprawiać potajemnie jeszcze w więzieniu KGB w Wilnie, a kontynuowałem w łagrze. Miałem Pismo Święte oraz modlitewnik z tekstami liturgii. KGB wydawało pozwolenia więzionym kapłanom na posiadanie Pisma Świętego, pewnie dlatego, żeby Zachód nie dowiedział się, że prześladowania są aż tak silne.
W obozie, wieczorem po pracy, kiedy większość więźniów oglądała telewizję, siadałem przy stoliku koło mojej pryczy, a na nim kładłem Pismo Święte oraz futerał od okularów. W nim ukrywałem malutkie naczynie z winem oraz hostię. Był to miniaturowy ołtarz, który w razie czego można była natychmiast zamknąć. Wino wytwarzałem z rodzynek. Mieliśmy prawo otrzymać w ciągu roku 5 kg artykułów spożywczych. Moi przyjaciele wiedzieli, co jest mi potrzebne jako księdzu. Jeśli przysłali mi kilogram rodzynek, wystarczało to na rok. Fermentowałem rodzynki w małej butelce, którą przechowywałem pod materacem. W ten sposób powstawało wino. W łagrze był mały sklepik, w którym można było kupić „oblaty”, okrągłe wafle ze zboża. Wykorzystywałem je jako hostie.
A kiedy w trakcie odprawiania Mszy św. w polu widzenia pojawiał się strażnik, zamykałem futerał od okularów. Nie mógł się więc niczego domyślać. Raz tylko, kiedy wszedł niespodziewanie, a ja z hałasem zatrzasnąłem futerał z winem i hostią, zapytał: Coś tu robisz dziwnego? Odpowiedziałem: Modlę się. Poszedł dalej.

- A czy w łagrze miały miejsce nawrócenia?

- Niewiele, ale zdarzały się. Przypominam sobie pewnego młodego człowieka z Kaukazu. Kiedy trafił do łagru był niewierzący. Jako niepokorny więzień przetrzymywany był często w karcerze. Któregoś dnia po wyjściu z karceru zapytał czy nie mógłbym go ochrzcić. Opowiedział, że pod zakratowanym okienkiem zauważył tam znak krzyża, zrobiony jakimś ostrym przedmiotem. Wtedy doświadczył jakiegoś wewnętrznego światła… Dotarło do niego, że Bóg jest.
Wyjaśniłem że choć księża prawosławni chrzczą natychmiast, to w Kościele katolickim wymaga to solidnego przygotowania, znajomości zasad wiary i zobowiązania do życia według nich. Zgodził się poprosił, abym go tego nauczył. Przez wiele dni, wieczorami po powrocie z pracy przechadzaliśmy się wśród baraków. Objaśniałem mu prawdy wiary. W końcu przyjął chrzest.
Ochrzciłem także innego więźnia, który był lekarzem z Łatgalii na zachodniej Łotwie. Ten z kolei był tak pilnym uczniem, że nawet nauczył się pacierza po łacinie.

- A czy obecność Boga Ksiądz Kardynał odczuwał silniej niż na wolności?

- Kiedy byłem na 30-dniowych rekolekcjach ignacjańskich po wstąpieniu do jezuitów, wtedy bardzo silnie odczuwałem obecność Boga. Na Syberii było to coś podobnego. Pamiętam, jak wieczorami chodziłem miedzy barakami i odmawiałem różaniec. Wtedy odczuwałem bardzo bliską obecność Boga.

- A czy był taki moment, w którym Ksiądz Kardynał obawiał się, że nie wytrzyma?

- Nie, nie pamiętam takiego momentu. W tym okresie nie było już tak ostrych represji. Pracowaliśmy w zakładzie metalurgicznym, który specjalizował się w produkcji wierteł. Obsługiwałem tokarkę, segregowałem złom oraz pracowałem w obozowej pralni i w kuchni. W sumie nabyłem wiele praktycznych umiejętności, dzięki temu jestem „specjalistą” w wielu zawodach.

- Wolność Ksiądz Kardynał odzyskuje w 1988 r., w okresie pieriestrojki. Była to już chyba zupełnie inna Litwa niż kilka lat wcześniej. Jak wyglądała odbudowa Kościoła na Litwie?

- W 1989 r. zostałem ojcem duchownym seminarium w Kownie, a w 1990 r. jego rektorem. W rok później biskupem pomocniczym kowieńskim u boku kard. Sladkevičiusa, który udzielił mi święceń biskupich. A po przejściu kardynała na emeryturę Jan Paweł II mianował mnie w 1996 r. arcybiskupem kowieńskim. Był to bardzo ciekawy okres dla Kościoła. Cechował go wielki entuzjazm. Obserwowaliśmy powszechne odrodzenie wiary.
Natomiast struktury trzeba było tworzyć niemal od początku. Kiedy rozpoczynałem pracę w Kurii, był tam ksiądz kardynał, ja jako biskup pomocniczy, kanclerz, siostra pisząca na maszynie i kierowca. Stworzenia wymagały kurialne wydziały, sąd i inne agendy. Na całej Litwie odtwarzaliśmy katechizację w szkołach, Caritas, itd. Bardzo wiele wysiłku wymagało odzyskiwanie i remonty świątyń. Jednym z priorytetów od samego początku była rodzina, gdyż widzieliśmy w jak głębokim kryzysie jest ona po czasach sowieckich. Nowym pomysłem było tworzenie diecezjalnych centrów rodziny.
Jeździliśmy też do Polski, Niemiec, Włoch, USA czy innych krajów, aby przypatrzeć się jak funkcjonuje tam Kościół, jak reaguje na nowe problemy i wyzwania.
Dla przykładu powiem, że duże wrażenia zrobiła na mnie rozmowa z kard. Jean-Marie Lustigerem w Paryżu, który pokazał, jak przy tamtejszym seminarium funkcjonuje rok propedeutyczny. Zaadaptowaliśmy ten pomysł. Okazał się zbawienny, gdyż młodzi ludzie na Litwie – pozbawieni wcześniej katechizacji - nie byli dostatecznie przygotowani do studiowania w seminarium.
Bardzo dobre relacje mieliśmy z biskupami z Polski. Stworzyliśmy polsko-litewską grupę współpracy, dzięki czemu mogliśmy skorzystać z wielu doświadczeń.

- A czy Kościół na Liwie, katolicyzm litewski jest bardziej podobny do polskiego czy do tego, co widzimy na Zachodzie Europy?

- Myślę, że nasz Kościół jest znacznie bliższy doświadczeniu polskiemu. Podobnie zorganizowane są parafie. Zupełnie co innego widzieliśmy wizytując parafie w Niemczech. Tam parafiami kierują rady parafialne. Proboszcz nie rządzi a raczej przysłuchuje się dyskusjom rady oraz wykonuje jej decyzje. Nie chcieliśmy tego modelu przeszczepiać na Litwę.

- A jak wyglądały kontakty Księdza Kardynała z Janem Pawłem II? Od kiedy Ksiądz spotykał się z papieżem Wojtyłą?

- Po raz pierwszy spotkałem Jana Pawła II jako młody biskup w Łomży podczas pielgrzymki do Polski w 1991 r. Cały episkopat litewski wówczas przyjechał do Łomży i tysiące wiernych. Papież poprosił, abym pomógł mu prawidłowo wymawiać tekst homilii, jaką miał przygotowaną po litewsku.

- Czy okazał się zdolnym uczniem?

- Całkiem zdolnym. Pokazał to jeszcze bardziej podczas pielgrzymki na Litwę w 1993 r., kiedy poprawnie czytał homilie po litewsku. Pielgrzymka ta miała zresztą olbrzymie znaczenie dla naszego Kościoła, także dla Litwy jako kraju.

- Jaka dziś jest kondycja Kościoła na Litwie? Jakie są mocne jego strony a jakie są największe problemy?

- Największym wyzwaniem dziś jest silnie odczuwalny sekularyzm. Drugim poważnym wyzwaniem jest sytuacja rodziny, która nie jest dostatecznie dowartościowana w społeczeństwie. Towarzyszy temu głęboki kryzys demograficzny, tym groźniejszy, że Litwa wyludnia się również na skutek masowej emigracji młodych ludzi na Zachód.
Kryzys demograficzny oraz sekularyzacja skutkuje także zmniejszającą się liczbą powołań kapłańskich. Dziś jest ich znacznie mniej niż po odzyskaniu niepodległości. Kiedy byłem rektorem seminarium w Kownie na początku lat 90-tych, miałem 250 seminarzystów. Rocznie przychodziło ok. 50 nowych kandydatów. Dziś we wszystkich seminariach na Litwie na roku propedeutycznym mamy 50 kandydatów. Jest to trzykrotny spadek. Na przyszłość patrzymy z niepokojem.
Ale na szczęście papież Franciszek jest z nami solidarny i dodaje nadziei. Podczas wizyty na Litwie w ubiegłym roku powiedział, że nie powinniśmy się zbyt niepokoić liczbami. Mówił, że musimy być „solą ziemi” i tak widzi rolę Kościoła. Zwraca uwagę, że najważniejsza jest jakość naszego świadectwa, które musi być na tyle wyraziste, by trafić do poszukujących i niewierzących. Przypominał, że chrześcijanie we współczesnym świecie muszą pełnić rolę ewangelicznej soli. Podkreślał, że Kościół musi być wspólnotą „transparentną, gościnną, uczciwą, atrakcyjną, radosną, przyjmującą i interaktywną”.
Ostrzegał, byśmy przypadkiem nie „przysnęli” w wierze. Zachęcał do pielęgnowania naszych korzeni, gdyż bez nich wiara łatwo może zostać wykorzeniona. A młodych zachęcał – jak podkreślał: do udziału w najwspanialszej przygodzie życia, jaką może być spotkanie z Jezusem.

- A jaka jest sytuacja młodzieży, czy odchodzi od wiary?

- Chociaż mamy w szkole religię, to w młodszych klasach uczestniczy w niej 60 – 70 proc., a w starszych o wiele mniej. Młode pokolenie podlega silnej sekularyzacji. Co prawda na początku lat 90-tych, przeżyliśmy kilka lat silnego zainteresowania młodych wiarą, ale później proces ten znacznie osłabł.

- Jak Ksiądz Kardynał widzi przyszłość Kościoła na Litwie?

- Przyszłość jest w rękach Boga. Żyjemy w zlaicyzowanej kulturze, odrzucającej wartości duchowe, w kulturze, gdzie dominują wartości materialne. A ludzie z łatwością poddają się ich pokusie. Litwa leży w Europie, która pod względem demograficznym umiera. 10 lat temu uczestniczyłem w spotkaniu różnych religii w Astanie w Kazachstanie. Wrażenie zrobiło na mnie wystąpienie jednego z liderów muzułmańskich, który w oparciu o statystyki dowodził, że za kilkadziesiąt lat Europa będzie w dużej mierze islamska. Trudno więc sobie dziś wyobrazić co będzie dalej i w jakim kierunku pójdzie Europa.

- A czy Ksiądz Kardynał nie ma nadziei, że Europa środkowo-wschodnia - w tym Litwa - nie musi podążać drogą tak silnej sekularyzacji jak zachodnia część kontynentu?

- Mam nadzieję, że Litwa, Polska, Słowacja i inne kraje regionu zjednoczą siły dla przeciwstawienia się tym negatywnym tendencjom, jakie płyną z niektórych nurtów obecnych we współczesnej kulturze.

- Wejście do Kolegium Kardynalskiego oznacza stanie się bliskim współpracownikiem Ojca Świętego. Kim jest dla Księdza Kardynała Franciszek i jak postrzega jego pontyfikat?

- Jest to papież niestandardowy, który realistycznie, ale i krytycznie patrzy na sytuację Kościoła. Nie chce aby Kościół opierał się wyłącznie na ustabilizowanych strukturach. Akcentuje rolę świadectwa.
Dostrzegam, że papieżowi nie jest łatwo, gdyż pewne nurty w Kościele chcą iść w jedną, a inne w drugą stronę. Trudno jest zachować jedność w mądry sposób. Do tego dochodzi kwestia nadużyć seksualnych. Niezbędne jest odważne zmierzenie się z tym problemem, w tym także z błędami czy zaniedbaniami przełożonych, w tym biskupów. Potrzebna jest droga oczyszczenia Kościoła - o czym Franciszek wciąż mówi.

- A czy na Litwie jest to duży problem?

- Nie powiedziałbym, że jest to duży problem. Za czasów mojej posługi jako arcybiskupa, zdarzyły się tylko nieliczne przypadki molestowania małoletnich przez księży. Mam wrażenie, że - paradoksalnie -pomogła nam w tym władza sowiecka. Każdy ksiądz wiedział, że jeśli w jego życiu moralnym będzie coś nie w porządku, to natychmiast stanie się to pretekstem do szantażowania przez KGB.

- Ostatnie pytanie: Od soboty będzie Ksiądz kardynałem świętego Kościoła rzymskiego. Jaki Ksiądz Arcybiskup ma pomysł na swój Kardynalat?

- Pomysłów nie mam, raczej staram się odczytać co Bóg chce mi przez to powiedzieć. Myślę, że papież Franciszek ze względu na mój wiek nie oczekuje jakiejś wielkiej pracy. Oczekuje natomiast wiernego, zdwojonego świadectwa Ewangelii. Czuję się do tego powołany - zarówno w mojej posłudze kapłańskiej jak i w aktywności na zewnątrz. Mam nadzieję, że Bóg da mi siły.
Rozmawiał Marcin Przeciszewski
*** Sigitas Tamkevičius SI, arcybiskup-senior Kowna, urodził się 7 listopada 1938 w Gudonys na dzisiejszym pograniczu polsko-litewskim. Po ukończeniu jedynego w owym czasie na Litwie seminarium duchownego w Kownie przyjął 18 kwietnia 1962 święcenia kapłańskie, po czym do 1969 pracował jako wikariusz w zachodniej części kraju. W 1968 wstąpił potajemnie do zakazanego wówczas w ZSRR zakonu jezuitów. Jednocześnie angażował się w działalność na rzecz wolności religijnej i wyzwolenia Litwy spod okupacji sowieckiej, za co przez rok (do 1970) nie mógł wykonywać swej posługi duchownej i musiał pracować jako robotnik. Po cofnięciu tego zakazu znów działał jako kapłan. W 1972 był jednym z pomysłodawców i pierwszym redaktorem naczelnym "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". W 1975 został proboszczem w Kybartai. W listopadzie 1978 był współzałożycielem Katolickiego Komitetu Obrony Praw Wierzących, za co w 1983 skazano go na 6 lat łagrów i 4 lata zesłania. Wolność odzyskał w 1989 i w rok później został rektorem seminarium w Kownie. 8 maja 1991 Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym archidiecezji kowieńskiej (sakrę przyjął w 11 dni później). 4 maja 1996 papież powołał go na arcybiskupa kowieńskiego. W latach 1999-2002 i 2005-14 przewodniczył Konferencji Biskupów Litwy. Z urzędu arcybiskupa ustąpił 11 lipca 2015.

2019-10-04 12:23

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kolegium Kardynalskie liczy obecnie 219 członków

2020-09-06 09:15

[ TEMATY ]

kardynał

kardynałowie

Grzegorz Gałązka

Po śmierci kard. Mariana Jaworskiego Kolegium Kardynalskie liczy obecnie 219 członków, z których 122 ma jeszcze prawo udziału w konklawe i wyboru papieża. Pozostałych 97 purpuratów przekroczyło 80. rok życia, który automatycznie pozbawia ich tego prawa. Arcybiskup-senior lwowski dla łacinników zmarł 5 września w wieku 94 lat.

Wśród elektorów 16 powołał jeszcze św. Jan Paweł II, 40 – Benedykt XVI i 66 – Franciszek a wśród nieelektorów 50 mianował papież-Polak, 30 – jego następca i 17 – Franciszek.Najstarszymi wiekowo kardynałami są obecnie Francuz Albert Vanhoye SI (ur. 24 VII 1923), Polak Henryk R. Gulbinowicz (17 X 1923) i Słowak Jozef Tomko (11 III 1924), najmłodszymi zaś Środkowoafrykańczyk Dieudonné Nzapalainga (ur. 14 III 1967), Portugalczyk José Tolentino Calaça de Mendonça (15 XII 1965) i Polak Konrad Krajewski (25 XI 1963). Najdłuższy staż w Kolegium mają obecnie trzej kardynałowie: Michael Michai Kitbunchu z Tajlandii, Alexandre do Nascimento z Angoli i Thomas Stafford Williams z Nowej Zelandii, mianowani 2 lutego 1983. Ponadto należy pamiętać, że Benedykta XVI mianował kardynałem Paweł VI dnia 27 VI 1977 a Franciszka – św. Jan Paweł II w dniu 21 II 2001.

Wśród żyjących kardynałów jest obecnie 5 Polaków: wspomniany Henryk Gulbinowicz - arcybiskup-senior wrocławski i Stanisław Dziwisz (ur. 27 IV 1939) – arcybiskup-senior krakowski, obaj nie mają już praw elektorskich oraz elektorzy: Stanisław Ryłko (4 VII 1945) - archiprezbiter rzymskiej bazyliki papieskiej Matki Bożej Większej w Rzymie, Kazimierz Nycz (1 II 1950) – arcybiskup metropolita warszawski i Konrad Krajewski (25 XI 1963) - jałmużnik papieski.

CZYTAJ DALEJ

Kościół ubogim

2020-09-16 11:30

Niedziela Ogólnopolska 38/2020, str. 9-11

[ TEMATY ]

Kościół

ubodzy

Facebook/„Zupa w Kato”

„Zupa w Kato” – katowicka inicjatywa

„Zupa w Kato” – katowicka inicjatywa

Cała Polska zna akcje Caritas, działania warszawskiej Fundacji Kapucyńskiej czy Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. W miastach widać pomoc świadczoną biednym przez zakony i parafie. Ten obraz nie wyczerpuje jednak charytatywnej mapy Kościoła. Raz na tydzień w dużych miastach tzw. lokalne inicjatywy wydają gorącą zupę biednym, bezdomnym, potrzebującym.

Zupa jest ważna, ale bardziej jako symbol, bo z góry wiadomo, że chodzi o pomoc żywnościową. I jako katalizator. Wydający ją nie ukrywają, że w centrum uwagi jest człowiek potrzebujący, spotkanie z nim. Być może efektem będzie duża zmiana – wyjście z bezdomności, może udział w terapii uzależnień...

Wiadomo, że pomagają Caritas, zakony, parafie... Te wszystkie działania są potrzebne, bo biedy jest dużo. – Każdy ma dla kogo gotować – mówi wolontariusz z poznańskiej inicjatywy.

Pierwsza była najpewniej „Zupa na Mąciaku” w Sopocie, która wydawana jest już piąty rok, z kolei najbardziej znana, działająca 4 lata – krakowska „Zupa na Plantach”. W Poznaniu są nawet dwie konkurencyjne „Zupy...” – „... Wolności” i „... na Głównym”. Wszystkie mają bliższe lub dalsze związki z Kościołem.

Trzy lata nalewania

Katowicka „Zupa w Kato” wywodzi się – jak deklaruje Wioletta Iwanicka-Richter, jej inicjatorka – z misji Wspólnoty Dobrego Pasterza związanej z Odnową w Duchu Świętym. Od 30 lat posługują ubogim.

– Nasza misja już się trochę opatrzyła. Szukamy nowinek, bo tylko nowe jest dla nas fajne, a po jakimś czasie rozglądamy się za czymś innym – mówi Iwanicka-Richter. – Dlatego stwierdziliśmy, że będziemy robić to, co robimy, a nazwiemy to teraz jedną z „Zup...”, spośród tych, które działają w wielkich miastach, żeby na nowo obudzić wrażliwość ludzi, wolontariuszy i odświeżyć nasze wcześniejsze działania.

„Zupa...”, którą nalewają już 3 lata koło Galerii Katowickiej, jest pretekstem do tego, żeby spotkać się z potrzebującymi i pomóc im jeszcze w jakiś inny sposób. – Chodzi o wyjście do nich, szukanie ich, docieranie do tych, którzy do jadłodajni nie przyjdą, bo się wstydzą, są samotni, w kryzysie: mają niespłacone kredyty, zostali eksmitowani, nie wytrzymują napięcia wynikającego z pandemii... – wylicza Wioletta Iwanicka-Richter.

Nie wystarczy być

Ubiegłoroczny Dzień Ubogiego był dobrym terminem na inicjację „Zupy na Pietrynie”. „Zupa jest ważna, ale nie najważniejsza” – czytamy w komunikacie ks. Arkadiusza Lechowskiego z parafii św. Anny w Łodzi, inicjatora „Zupy...”. „Chcemy, aby było to spotkanie z drugim człowiekiem przy ciepłym posiłku, abyśmy wzajemnie mogli się spotkać, wysłuchać i zapoznać, nie tylko anonimowo mijać się na ulicy” – napisał.

Rozstawiali stoliki na placu usytuowanym na rogu ulic Piotrkowskiej i św. Stanisława Kostki, koło łódzkiej archikatedry. Tam dzielili się zupą.

– Pandemia spowodowała, że musieliśmy wprowadzić zmiany. Musimy dbać o bezpieczeństwo i wolontariuszy, i naszych gości (tak nazywają ludzi, którzy do nich przychodzą po pomoc – przyp. W.D.). Teraz, wraz z ciepłym posiłkiem, dajemy pakiet żywnościowy. Każdy musi go wziąć ze sobą i gdzieś odejść, by zjeść – mówi ks. Arkadiusz Lechowski. Nie oznacza to jednak, że nie starają się z tymi ludźmi być.

– Jesteśmy, rozmawiamy. Oni mają wielką potrzebę porozmawiania, opowiedzenia swojej historii, tego, co ich spotyka – dodaje ks. Lechowski.

Pandemia czy wakacje

„Zupę na Pietrynie” wspierają ludzie ze Stowarzyszenia Missio Quotidiana, której ks. Lechowski jest wiceprezesem. Jest ona oddolną inicjatywą, ale nie jest samowolką. – Robimy wszystko w porozumieniu z sanepidem i odpowiednimi służbami. W czasie pandemii przez dłuższy czas byliśmy jedynym miejscem w Łodzi, gdzie osoby potrzebujące mogły zjeść ciepły posiłek w niedzielę – podkreśla ks. Lechowski.

Są blisko związani z Kościołem – entuzjastą inicjatywy jest abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki – ale nie zamykają się. – Jesteśmy otwarci na wszystkich. To nie jest tak, że katolicy gotują dla katolików; zbieramy się, by być z drugim człowiekiem.

I są, zawsze w niedzielę o godz. 16. – Czy to pandemia, czy wakacje jest zupa na Pietrynie – mówi półżartem ks. Lechowski. – A potrzeba jej coraz więcej. Pandemia przysparza nam gości. Wcześniej mieliśmy 80-100 osób i tyle też mogliśmy ugościć. Teraz mamy nawet do 300 osób.

Na Mąciaku

W parafii św. Mikołaja w Gdyni-Chylonii zaczęło się od organizacji wigilijnych spotkań dla bezdomnych i ubogich. Gdy ksiądz proboszcz Jacek Socha zaproponował, by regularnie gotować zupę dla biednych, wyzwaniem okazał się zakup ogromnego garnka. Podołali. Zupę gotuje kilka grup, dzięki czemu za każdym razem posiłek jest inny.

– Większość wolontariuszy to ludzie z parafii, skupieni we wspólnotach. byli też tacy, którzy czekali na taką inicjatywę i „Zupa Chylońska” okazała się dla nich szansą, którą potrafili wykorzystać – mówił ks. Socha lokalnemu portalowi. Inspirowała go sąsiednia inicjatywa. Konkretnie z Sopotu, „Zupa na Mąciaku”, działająca pod skrzydłami Wspólnoty Chleb Życia. Większość wolontariuszy pochodzi ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej.

„Zupa na Mąciaku” działa ponad 4 lata. Nie tylko nalewają zupę, zachęcają do zmiany. „Myjemy nogi, opatrujemy rany i uczymy. Mamy świadomość, że nie uleczymy wszystkich chorób, jednak widzimy, że okazywana przez nas troska motywuje do zadbania o siebie, a czasem jest pierwszym krokiem do większych zmian” – napisali na Facebooku.

Nie na Plantach

„Zupa na Plantach”, najbardziej znana z tych inicjatyw, wycofała się z Plant. Powód: pandemia. Od marca to wolontariusze próbują trafić do potrzebujących, a nie odwrotnie. Z paczkami z jedzeniem i środkami higienicznymi.

– Nadal nie możemy organizować zgromadzeń, tymczasem na spotkania na Plantach przychodziło co tydzień ok. 250 osób. Nadal mamy tryb kryzysowy – mówi Agnieszka Dziekan, koordynatorka biura fundacji. Dziś pomocą zajmuje się nie grupka wolontariuszy, lecz poważna Fundacja Zupa, która „ma na celu budowanie relacji i pomoc osobom w kryzysie bezdomności”.

„Zupa na Plantach”, Facebook, relacja sprzed kilku dni: „Czasami docieramy też do innych miejsc niż zazwyczaj. Tym razem na naszej liście miejsc do odwiedzenia znalazł się pewien krakowski szpital. Od jakiegoś czasu jeden z naszych znajomych z ulicy jest w nim pacjentem (...). Pan Michał mieszka w kanale. Od jakiegoś czasu był w opłakanym stanie, który zagrażał już nie tylko jego zdrowiu, ale i życiu. Teraz, kiedy jest pod opieką lekarzy, dalej go odwiedzamy. Nie tylko po to, żeby dostarczyć mu jakieś małe potrzebne rzeczy, ale przede wszystkim, żeby czuł, że nie jest sam...”.

W trybie pandemicznym

Do Warszawy „Zupa...” nie dotarła. Tu miejsc, gdzie można otrzymać np. bezpłatny posiłek czy jakąś pomoc materialną, jest sporo. Potrzebujący dobrze znają jadłodajnie św. Brata Alberta na Grochowie, Sióstr Szarytek na Powiślu, Sióstr Albertynek na Pradze i Ojców Bonifratrów na Nowym Mieście.

Najbardziej znana jest kuchnia dla ubogich prowadzona przez kapucynów przy ul. Miodowej. Znalazła się wśród wielu zamkniętych z powodu koronawirusa. W trybie pandemicznym wolontariusze rozwożą potrzebującym paczki z żywnością po całej Warszawie. Dziś na Miodowej codziennie wydawane są paczki żywnościowe dla ok. 400 osób. – To wyraźny wzrost, o 100-150 osób, w porównaniu z początkiem roku – ocenia brat Szymon Janowski, kapucyn.

CZYTAJ DALEJ

Zaproszenie w czasach niepewności

2020-09-24 23:14

archiwum organizatorów

Już po raz drugi Konferencja Episkopatu Polski w osobie Przewodniczącego Rady d/s Społecznych abp. Józefa Kupnego zaprasza przedsiębiorców z całej Polski na II Ogólnopolską Pielgrzymkę, na Jasną Górę.

„Pielgrzymki Przedsiębiorców” od hasłem „Pod Twoją obronę! Zawierzam Tobie moja firmę”, odbędzie się w niedzielę 4 października. Organizatorzy: Duszpasterstwo Przedsiębiorców i Pracodawców „Talent” oraz Stowarzyszenie Chrześcijańskich Przedsiębiorców i Menadżerów „Nostra Res” napisali: „Zaproszenie kierujemy do wszystkich, którzy prowadzą swoje firmy, bez względu na ich wielkość czy branżę. Zapraszamy także freelancerów i przedstawicieli wolnych zawodów…” Odnosząc się do aktualnej sytuacji, stwierdzają: „Każdemu z nas towarzyszy niepewność jutra i borykamy się z podobnymi problemami. Dodatkowo nasze społeczeństwo mierzy się z nową sytuacją i skutkami zamrożenia gospodarki. Osoby przedsiębiorcze, pracodawcy, ludzie z inicjatywą, odpowiadają nie tylko za własne rodziny, ale często też za pracowników i ich rodziny. Mimo trudnych czasów, w których przyszło im prowadzić swoją działalność, chcą mieć nadzieję i być silni. Wychodząc naprzeciw tym pragnieniom 4 października 2020 r. mogą zawierzyć swoje firmy Bogu przez Niepokalane Serce Maryi.

W spotkaniu, jako goście specjalni, wystąpią : Ks. Wojciech Węgrzyniak i dziennikarz ekonomiczny Jacek Krzemiński. Organizatorzy apelują: „Przedsiębiorcy, bądźmy razem! Jasna Góra to miejsce, gdzie od wieków dzieją się cuda! Zanieśmy tam Bogu wszystkie nasze radości, sukcesy i problemy.”

Więcej szczegółów, w tym rejestracja i szczegółowy program pielgrzymki, na: www.pielgrzymkaprzedsiebiorcow.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję